czwartek, 16 czerwca 2016

Holidays!

   Uwaga! Poniższy post obfituje w zdjęcia. Najczęściej są to zdjęcia jednego i tego samego dziecka w różnych konfiguracjach i położeniu, różniące się nieznacznie miną lub tez nie różnią się niczym prócz tła. Jeśli nie potrafisz tego znieść naciśnij krzyżyk na czerwonym guziku w prawym rogu ekranu. Albo lepiej napisz coś miłego, mimo, że zdjęcia mogą być jednakowe :]
Powodzenia!

  Z perspektywy czasu patrząc - nie dowierzam. Udało się! Ze stresem przed i stresem w trakcie. Nic się nie stało i udało się! Wyjechaliśmy z miejsca zamieszkania naszego całe 500/600 kilometrów na północ. Dzień Matki był świętowany podczas krzątaniny i pakowania toreb podróżnych (kurde, walizki to chyba super sprawa...). Tomek z tej okazji nadal mówił "tata". I bebla tak do dziś. Pff... Jednakowoż udało mi się spakować przed 21 - tomkowe ciuchy zabrane prawie wszystkie, na syberyjskie mrozy też. Po tym lekkim poślizgu (bo miał być zapakowany już o 18...;P) dalszy plan przebiegał bez zakłóceń - pobudka o 3 w nocy, butla dla Tomka, zabranie bagażu podręcznego, w tym dziecka i można ruszać. Udało nam się wyjechać punktualnie o 4. Nam dzieciatym! A i tak musieliśmy czekać na mniej dzieciatych, chociaż zmieścili się w kwadransie studenckim ;) W między czasie dziecko nam się lekko wyspało (i od tego się wszystko zaczęło, ale o tym później).

   Mieliśmy krótki postój na A1. Szybka kawa, szybka pielucha i w drogę. Zaspana troszkę byłam, gdy wjeżdżaliśmy na MOP i w pierwszej chwili po szybkim rozejrzeniu się po okolicy stwierdziłam "hm, ciekawe po co ktoś rozłożył tu namioty, suszą je/wietrzą czy co?". 

No nie. Suszone to było pranie - wszędzie. Płotek z placu zabaw, drzewka, krzewy. Pranie prane na miejscu, czyli na postoju autostradowym. 

Poczułam się jak w jakimś obozowisku dla uchodźców. Oto Romowie pędzili na festiwal do Ciechocinka. Dorobek życia lub ułamek tegoż dorobku przewożony w samochodach pokroju bmw i audi. Wcale nie starych. Sama bym się przeprosiła z marką bety i se taką pojeździła. 
Małe dzieci. Brud i syf, pourywane klamki w toaletach. Tomka przebrałam w aucie. 
Jak już pisałam na fb, nie jestem rasistką i staram się nie ulegać stereotypom. No ale ręce opadają. Sprzątaczka miała pełne ręce roboty, a konserwator opowiadał, że w zeszłym roku zrobili ognisko na środku chodnika. Oczywiście puzzli po miłym wieczorze za sobą nie posprzątali i następnego dnia odjechali, zostawiając cały syf.
A policja się nawet nie śmiała pokazać. 
   Jako, iż jęczałam pół drogi, że mi niedobrze, dalej pojechałam ja. O! Chciał mnie Tito po autostradzie zmienić, ale była to krótka zmiana i do Iławy i Siemian jechałam już cały czas za kółkiem. Wtedy mi się dobrze mężowską beemką jeździ :) 
Co Ty zdjęcie robisz?! Pogieło Cieee? (moje pierwsze selfiii;)
   Tomisław podróż znosił bardzo dzielnie i szczęśliwie - nie kazano mu jeść zbyt często. Dziecko zadowolone było. Matka mniej. Cały pobyt jednak poza domem odbył się pod znakiem słoiczków i kaszki, więc w miarę jadł, choć i tak jęczałam, że jeść nie chce. Bo papki są dobre.
   Siemiany mają to do siebie, że można tam robić nic przez cały dzień, chodzić w piżamie albo i majtkach też przez cały dzień. Ewentualnie, jak już zachce się ruszyć dupę, można iść na spacer do wsi, lasu, pojeździć na rowerach, bo piękne tereny są, wykąpać się w zielonym jeziorze albo wyjechać samochodem zwiedzać Warmię i Mazury - tylko najpierw wydostań się do "cywilizacji" 20km przez las.
No to poszliśmy. Najpierw do jednej z 3 knajp we wsi, która liczy może 50 domów. Refleksja taka, że zacznę zbijać złoty interes na gofrach.



Drogi powrotnej nie fotografowałam, bo lecieliśmy w deszczu.
Drugie podejście do spaceru również było deszczowe. W las poszliśmy, choć w lesie mieszkaliśmy. Much było miljon, komarów 5. Doszliśmy do Grubej Sosny, strzeliliśmy po zdjęciu, przeszliśmy 5 metrów dalej i się zaczęło. Pranie zrobione na sobie każdy miał.





Jestem duża aż do nieba.
Choć nie jadam wcale chleba.
Gruba taaka, że ho ho.
Stąd mnie "Grubą Bertą" zwą.
Jestem dumna i radosna,
każdy mówi - co za sosna!

Elżbieta Kwiecień, Katowice, z "Uroczysko" nr 59, jesień 2010.

Gruba Sosna "Berta", pomnik przyrody. Jej obwód wynosi 310 cm. Rośnie na południe od Siemian (D. Schwalgendorf), przy drodze leśnej z Sarnówka w kierunku Zatoki Widłągi (oddz. 276).
prezentujemy tutaj bardzo brzydkie zachowanie wtargnięcia na ogrodzony teren pomnika przyrody
ostatnia scena przed armagedonem
Sąsiedzi śmiali się, że mamy im mówić kiedy wychodzimy na spacer - nie będą wtedy rozpalać ogniska, bo im mija się to z celem.






   Kolejne dni przyniosły nam wizytę w  Szymbarku, Iławie, Ostródzie i Malborku.
Zrobiliśmy łikendowy wypad nad morze nasze piękne polskie, przelecieliśmy przez Sopot i Gdańsk, poleniliśmy się na jantarskiej plaży.






   Tata Tito znalazł "krótszą drogę na plażę" w Jantarze. Może i była ona krótsza, plaża bardziej pusta, jednak nikt nie przewidział tego, że z wózkiem przez piaszczysty las, pod wielką górę będzie ciężko. Efektem wędrówki były 7 poty wlewane przez ojca, rzucane soczyste słowa na wiatr oraz bolące od noszenia dziecka ręce matki. No aleee dotarliśmy! Tomisław najciekawszą i najlżejszą ostatnią prostą przespał. Mogliśmy wejść do ciepłej (!) wody i przez chwilę się poopalać.
Ciekawostka taka - zasięg 4 sieci nie działał, wiecie? A u pomarańczowego operatora było się po pas w wodzie i można było konwersować. ;)
Dziecko się obudziło i od początku coś mu nie pasowało. Miałam nadzieję na piękne zdjęcia na tle morza, jednak Tomiś stwierdził, że koniecznie jest nie w humorze i musi się bać. Nawet za parawanem mu nie odpowiadało. Zdjęć więc mam tyle co kot napłakał i w dodatku jeszcze nie takie, jakich bym sobie życzyła. No i szybko musieliśmy się jednak zebrać. I tak jest do dziś, beksa się z niego jakaś mała robi. Uważajcie na słowa, kto się do niego zbliża, bo grozić to może nagłą zmianą humoru.
Sopot i Gdańsk zaliczyliśmy na raz-dwa. Spacer po molo zaliczony i - uwaga - Tomcio morza się już nie bał, natomiast ze smakiem zjadł deserek. W Gdańsku szybki spacer po rynku i obiad dla małego (jod chyba działa cuda, musimy się tam przeprowadzić). No i grzechem byłoby nie skorzystać z wizyty na Westerplatte. Jeśli chodzi o Tomasza to najlepszą frajdę miało dziecko z rwania brody tacie. Tata po przyjeździe do domu brodę zgolił.













przeprawa promem przez ujście Wisły...
...którą Tomek oczywiście przespał



















   Generalnie, wakacje minęły nam w przyjemnej, sielskiej atmosferze. Nie napiszę, że lekko też było, bo nie było. Na samym początku zorientowaliśmy się, że zapomnieliśmy z domu nosidełka, którego brak uniemożliwił nam zwiedzanie Malborka. I co dziwne, do dziś nie umiemy go w domu znaleźć. Poza tym, lekko nie jest nam teraz, gdyż lekką ręką za dużo jedliśmy. Idziemy na dietę, serio. I będziemy biegać. Albo cokolwiek.
Jeszcze bardziej sielsko i przyjemnie byłoby, gdyby dziecko nasze nie wstawało - na wakacjach! - o 4:30/4:35/5:00/5:15, ewentualnie w promocji o 5:50. Tak, faceci byli wyspani, ja nie. 
Jak już na fejsbuniu pisałam, mieliśmy również niespodziankę. W sumie to dwie. Pierwsza - Tomcio wreszcie nauczył się przewracać z brzucha na plecy! Myślałam, że zrobił to przypadkiem (bo podczas kąpieli i wycierania się, całe ciało musi być bardzo zaktywizowane;), ale robił to zamierzenie, a teraz w domu turla się po całej macie :) Drugą niespodzianką, o której wspomniałam był, a raczej jest - ząb! :) Nie dowierzałam, bo już tyle razy go wypatrywaliśmy, że w końcu przestałam, ale podczas drogi przez mękę - czyt. "karmienie" - zauważyłam lekko zmienione dziąsło. Na wszelki wypadek w Iławie kupiliśmy żel na ząbkowanie. Już pod ręką miałam paracetamol. Już oczami wyobraźni widziałam skaczącą temperaturę i zimne okłady na czole i nogach. A tu nic. Żelu użyłam 2 razy. Reszty wcale. Jeśli tak miałoby wyglądać ząbkowanie, to proszę o więcej ;) Także ten - jeśli Twój maluszek nie ma ząbków - jedź na Siemiany ;) No, a my zdążyliśmy przed roczkiem :) Może, jeśli wyrosną mu chociaż ze dwa zęby, będzie lepiej z jedzeniem... Bo nadal jesteśmy na etapie "nie daj mi nic suchego, kruchego, czegoś co nie jest papkowate"... I ważymy niecałe 7200g. Ale byle do przodu! 
   Także ten... Wakacje powróćcie! Było cudownie leniwie! :) 

Z njusów najnowszych:
   Tomek jest wesołym i pogodnym chłopcem. Wiecznie uśmiechniętym i zadowolonym. Nie płacze i nie marudzi - oprócz tych momentów, ostatnio częstszych, podczas których coś mu nie pasuje i zaczyna się bać. Wizyta u logopedy owocuje histerią i sztywnieniem ze strachu, a przecież taki zadowolony byłem u cioci Gosi. Po dwutygodniowej przerwie, na rehabilitacji też się nie chce... We wtorek miał lenia, więc trzeba było sobie popłakać, choć wszystkie ćwiczenia doskonale zna i coraz lepiej mu wychodzą. Podczas dzisiejszych zajęć znów  nie obyło się bez "Panie Janie" a capella w moim wykonaniu. Jak zawsze zresztą - śniadanie/obiad kolacja/ wszystko inne - ta piosenka mi już bokiem wychodzi, a strasznie się mu podoba. Niestety ciocia Asia raczyła się do Tomisława uśmiechnąć i powiedzieć pół słowa za dużo. Koooniec. Płacz i zgrzytanie nie do końca wyrżniętym zębem. "Panie Janie nie działało". Babcia nie może powiedzieć "prr". Ani nikt inny, prócz mnie. W ogóle, nie wiadomo, co można przy nim powiedzieć, ani jaką minę zrobić ostatnio.
Mam nadzieję, że ten okres mu minie, bo praca na mnie niedługo czeka. 

czwartek, 26 maja 2016

Maminkove wspomnienia

   8 listopada 2014 roku dowiedziałam się, że zostanę mamą.

   Kompletnie siebie w tej roli nie widziałam. Wręcz rzekłabym, że moje życie waliło się w gruzy, a i tak nie było zbytnio poukładane. Wraz z upływającym czasem, gdy Tomisław rósł w brzuchu, wzrastały też moje mdłości. Męczyło mnie to do tego stopnia, że w pewnym momencie nawet stwierdziłam, że "w ogóle nie mam się z czego cieszyć, od początku jest nie po mojej myśli, nie widzę się w tej roli i rzygać mi się chce non stop i w ogóle, w ogóle to jest wszystko do dupy!". Chodziłam do pracy, żeby nie myśleć o rzyganiu. Gdy zbliżała się godzina 15, w momencie wszystko wracało. Podczas uroczystości Dnia Babci i Dziadka w przedszkolu - odtańczony razem z dziadkami zumbowy taniec (a to przerażenie w ich oczach, ze muszą wyjść na środek i TAŃCZYĆ - bezcenne :P ) i zjedzony kawałek kołocza - nagle uświadomiłam sobie, że... dobrze się czuję! Powiedzmy, że od tej chwili było trochę lepiej.
   Trochę, bo nadal średnio się cieszyłam. Bo przecież "wszystkie moje plany" poszły w niwecz - a było ich tyleeeeeeee, co nic. Potem Tomek zaczął bulkać w brzuchu. Poczułam go. Śmieszne uczucie. Skaczący brzuch, krzywy i niewymiarowy. A gdy zjadłam coś słodkiego, to w środku aktywowała się trampolina.
   Całą ciążę miałam wrażenie, że ktoś puszcza mi film ze mną w roli głównej. "Jaka ciąża? Jakie dziecko? Ja?". Jakbym patrzyła na to zza szyby. I gdy już powolutku powiedzmy, że zaczynałam akceptować stan, w jakim byłam - to wszystko runęło, w drobny mak się posypało i mogliby mnie zamknąć w jakiejś dziurze. 7-8 miesiąc ciąży pamiętam w czarnych barwach, żałobę przeżywałam. Wróciłam do tabletek antydepresyjnych. Na siłę kupowałam na allegro jakieś rzeczy do wyprawki, płacząc nad tym rzewnie. A jak żałowałam! Wszystkiego! To kara z Wysokości! I dlaczego Tito ma TAK CIERPIEĆ, jeśli jest dobrym człowiekiem! Nooo, aaale cierpimy teraaaaz, w pierony jasne..! Każdego dnia wylewam morze łez. Boszzz. Głupia byłam. Ale trzeba prze to przejść. Nie ma jakiejś natychmiastowej akceptacji. Kwestia taka, żeby prędzej czy później i tak zaakceptować i kochać.
   Po spotkaniu z pewną mamą zespołowego dziecka, postanowiłam wreszcie spakować torbę do szpitala. W końcu mijał mi już 34tc., a wielokrotnie słyszałam, że zespolaki lubią rodzić się wcześniej. To była droga przez mękę. Miałam zrobioną całą listę wyprawkową, a siedziałam nad tą torbą chyba 4 godziny. Za to zapach płynu do płukania, który wtedy używałam przy praniu pieluszek i ubranek tomkowych pamiętam do dziś.
   Machnęliśmy sobie szybką szkołę rodzenia w postaci mamy "małej" (już dużej) Klaudzi, którą miałam w grupie. Pani Lucyna (pozdrawiam i dziękuję jeszcze raz!), została położną, przyszła do nas i opowiedziała pokrótce co i jak. Dżizas, jak to dobrze mieć różne kontakty. Nie dałabym rady chodzić na szkołę rodzenia i patrzeć na uśmiechnięte twarze dziewczyn, które prawdopodobnie rodzić będą zdrowe dzieci.
   Jakoś temat ogarnęłam. Nie mówię, że pogodziłam się z dnia na dzień, że nagle zaczęłam tryskać energią i humorem. Ale było ok. Wręcz chciałam, żeby przewinąć czas o miesiąc, żeby już coś podziałać (w sensie załatwiać rehabilitację i w ogóle WSZYSTKO; a części i tak do dziś nie mam załatwionej).
   Zeszłoroczny Dzień Matki spędziłyśmy w szpitalu, gdyż tomkowy dziadek postanowił eksperymentować z przyjmowaniem płynów alkoholowych i się zatruł. Efektem był pobyt na OIOMie przez jakiś tydzień. Wierzcie mi, że najbardziej doświadczeni lekarze dziwili się, że on z tego wyszedł i się nie znalazł na drugim świecie. A po drodze i tak było ciekawie. Nie ważne to jest na tomkowym blogu. Ale dlaczego o tym wspominam - stwierdziłam, że jeśli Tomek będzie miał procent genów po dziadku, to operacja serca przebiegnie jak z płatka ;D Taki tam, czarny humor. Aleeeee operacja przebiegła bardzo dobrze i przecież po 8 dniach byliśmy w domu :) Choć może to zasługa Kogoś innego.
   Tomiś urodził się niespodziewanie dwa tygodnie przed czasem. Niby chciałam, żeby się coś działo, ale z drugiej strony byłam przerażona - "Już?! Jeszcze nie, jeszcze za wcześnie, jeszcze dwa tygodnie! przeciez ja nic nie wiem!". Naprawdę nic nie wiedziałam. Żałoba trwa tak długo, potem OIOM, potem wyłączony wszechwiedzący internet. Nawet nie miałam pojęcia, że dzieci trzeba karmić początkowo co trzy godziny. No generalnie był hardkor. Ale w sumie to miło ten czas wspominam. Dobrze się złożyło, bo poznaliśmy wtedy ciocię Sonię, muzykantkę :)
   Myślałam, że będę mogła karmić go piersią, ale nie. Tabletki antydepresyjne, do których wróciłam "żeby nie rozsypać się po porodzie" skutecznie mi tę opcję wykreśliły. Miałam wyrzuty sumienia z tego powodu, nawet mam do dzisiaj. Bo jakoś się trzymałam, potraktowałam to trochę zadaniowo. Ale z drugiej strony nie wiem, co by było, gdybym ich nie brała. Poza tym - serce. Tomi do 6 miesiąca był na bardzo miękkich, jednorazowych smoczkach, początkowo (4,5 miesiąca) na smoczku dla wcześniaków, a w dwa tygodnie zaliczył noworodkowe i niemowlęce, po czym ostatnią próbą było podejście do LOVI. Nie miał siły ssać. Co wypił, to czasem i połowę zwrócił. Mogłam ściągać pokarm. Mogłam. Wyrzucam to sobie, że nie dałam mu tego, co najlepsze. Inne mamy walczą o każdą kropelkę, a ja brałam tabletki na zahamowanie laktacji. Ale nie wiem, co byłoby bez pillsów. Nie chciałam się rozsypać.




   Do czasu interwencji kardiochirurgicznej uczyłam się obsługi dziecka. Stres był non stop, jazda po lekarzach i przychodniach. Potem się to wszystko uspokoiło. Tomek zaczął jeść, nie wymiotował, przybierał na wadze. Zaczęło się jakieś takie "normalne życie". Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo Tomek się zmienił. Fizycznie. Przed operacją  był chudy jak patyczak. Nawet wygląd buzi wskazywał na to, że coś jest nie tak. Jego oczy... nie wiem, były jakieś smutne, wytrzeszczałe/zapadnięte. Był zmęczony. Coś ewidentnie było nie tak. Dopiero na zdjęciach "po" zauważyłam różnicę.
Dzień przed wyjazdem na Oddział Kardiochirurgii


Po operacji 1
Po operacji 2
   Ale wiecie, stwierdzenie o mnie jako mamie jest dla mnie... dziwne. Jestem mamą. Powtarzam to sobie, co jakiś czas. Powtarzam Tomkowi, może zatrybi i kiedyś powie. Słyszę z zewnątrz i uświadamiam sobie, że to o mnie jemu mówią. Czasem nadal mam wrażenie, że słyszę to zza szyby. Ja mamą? No, ale jestem. Fajnie tak. Być komuś potrzebną, czuć to zakochanie w oczach i wyjątkowość bycia tą jedyną. Kiedy tylko spojrzę, on się uśmiecha. Do mnie i dla mnie. Reakcja na mnie jest jedyna i niepowtarzalna. Chociaż nie - powtarzalna, bo na mnie zawsze reaguje tak samo - z uśmiechem i szczęśliwością na buzi. Ciocia Asia (pozdro!) na rehabilitacji ostatnio mi dosłodziła - że jest wiele dzieci na terapiach, są bardziej lub mniej zżyte z mamami, ale Tomek niesamowicie na mnie reaguje. No, podniosło piórka :)
   Mam tylko nadzieję, że będę mu potrafiła wynagrodzić te wszystkie złe emocje w ciąży. Że to wszystko nie miało takiego wpływu. Że ten mały, słitaśny chłopczyk nie odebrał ode mnie wiele złego. Że będę mogła mu dać dużo dobrego.
   A swoją drogą, w prezencie na Dzień Mamy od kilku dni słyszę "tata".
Pfff, dobrze, że jeszcze bezwiednie. Bo jak nie, to wydziedziczę. Chociaż moja mama też tak mówiła, gdy mówiłam jej o zamiarze zrobienia tatuażu. A po plecach mnie smarowała i oklejała folią. I jeszce mam, gdzie mieszkać :)

   Chyba jednak coś w tym jest, że "wszystko ma swój czas", jest "po coś". Zauważyliście w swoim życiu pewne zbiegi okoliczności, przypadki, przez które wydarzyły się sytuacje, za które dziękujecie?

Zrezygnowałam z pierwszego roku studiów, poszłam za rok na inne - poznałam "moje dziewczyny". Mam nadzieję, że przyjaciółki na całe życie.
Byłam z kimś - dzięki tej znajomości zeszła się jedna z par i buduje właśnie dom :)
Stałam na promocjach - dostałam stałą pracę w tej samej firmie.
Z przypadku dowiedziałam się o poszukiwaniu stażystki do mojego przedszkola - pracuję.
Przypadkowe spotkania we Fraq - mam męża mojego kochanego.
Przypadkowy... ekhm. No, mamy Tomka :D
Gdyby nie poród w Dzień Taty nie poznałabym Debory i Soni.
Gdyby nie taka ciąża, spotkane konkretne przypadki, poznane historie nadal sądziłabym, że ciąża to pestka. Chodzisz, chodzisz (w tym rzygasz lub nie), rodzisz i wracasz do domu i w ogóle to wszyscy się cieszą. Guzik prawda, to wcale tak różowo nie wygląda. I owszem, "ciąża to nie choroba" (mierzyłam się z tym powiedzeniem długo zanim poszłam na L4 - przymusowo), ale spierdzielaj na L4 gdy tylko możesz. Bo do momentu, gdy indywidualnie nie zapoznasz się z przypadkami wcześniaków i chorób zagrażających Tobie i dziecku, to nadal będziesz twierdzić, że "ciąża to nie choroba". Dbaj o siebie i dziecko. Odpocznij. Wyluzuj. Mówię to ja, która nie potrafiła, a wie, że wcale jej te wszystkie doznania nie były potrzebne.
Gdyby nie to, że dałam się namówić na unijną podyplomówkę rok wcześniej i spotkanie w ramach praktyk rok później, nie wiedziałabym o istnieniu naszego OREWu w Tychach, w którym mamy prześwietne zajęcia i spotykamy cudowne osoby.
I gdyby nie Tomek, nie wiedzielibysmy, że mamy takie wsparcie w otoczeniu.
I tak można wymieniać bez końca.
Zastanów się.

A ja idę świętować dziś :) Wszystkiego dobrego drogie mamy! :)

wtorek, 3 maja 2016

Zaczytani

   W najbliższym czasie będziemy się zaczytywać w książki i czasopisma otrzymane od cioci Oli w prezencie. Dziękujemy! :)
A wiecie, że jeszcze 6 osób na fejsbuniu i będzie nas 500? A i odsłony na blogu mnie zaskakują :)
Tomisiowi tata i mama, gdy byli jeszcze piękni, młodzi, bez siwych włosów i dodatkowych kilogramów ;-]