Pojazd został zakupiony.
Cena przeraża, dlatego choćby nie wiem co, będzie w nim jeździł do upadłego. A i tak przewidujemy jakieś 4 lata, jak nic.
Jedyny, w którym jakoś normalnie siedzi, gdy zostanie posadzony :p
Wózek kupiony, a dziecko sie będzie bało jeździć przodem, bo nie widzi miłości swojego życia, czyli mnie 😂 przynajmniej tak się dziś w Auchan okazało. Jeszcze jest szansa, że to ze zmęczenia i głodu ;)
Matka dostała zaćmienia w sklepie i nie chciała wkładki. Wystarczyło 15 min na dworze i stwierdzono, iż wkładka bedzie ratowała życie przed stopieniem się i przyklejeniem do najsztuczniejszej tapicerki jakiej nie widziano od wieków. Teraz kombinuję czy szyć czy kupować uniwersalną, która moze nie pasować.
Pałąk pół metra od Tomka, ale nogę i tak wystawi.
Chociaż nie wiem jak, ale przyjmuje najdziwniejsze pozy kiedy tylko mu się chce. Na nic więc moje poprawianie go, skoro wie lepiej.
Ale i tak - dopóki sam nie będzie stabilnie siedzieć to będzie dupa.
piątek, 5 sierpnia 2016
czwartek, 28 lipca 2016
Happy birthday pics!
Mamy zaległe zdjęcia. Żeby miesiąc czasu się zbierać, za zrzucenie ich na komputer - nie godzi się.
Tomkowe urodziny świętowane były dwukrotnie, bo i w domu i w knajpie. Same cudowności do jedzenia - polecamy Starą Chatę na Gostyni. Atmosfera, wystrój, nastrój - ach.
Byli wszyscy, łącznie z księdzem. Tomisław dostał zatrzęsienie prezentów, za które serdecznie dziękujemy :)
No, a że dziś świętuje mama z babcią (fajnie se urodzić dziecko w swoje urodziny? ;P), to z tej okazji wstawię trochę zdjęć z imprezy dzieciaka :)
Tomkowe urodziny świętowane były dwukrotnie, bo i w domu i w knajpie. Same cudowności do jedzenia - polecamy Starą Chatę na Gostyni. Atmosfera, wystrój, nastrój - ach.
Byli wszyscy, łącznie z księdzem. Tomisław dostał zatrzęsienie prezentów, za które serdecznie dziękujemy :)
No, a że dziś świętuje mama z babcią (fajnie se urodzić dziecko w swoje urodziny? ;P), to z tej okazji wstawię trochę zdjęć z imprezy dzieciaka :)
| potrzeba było wszystkich facetów do skręcenia jednego autka... |
| z chrzestnym :) |
| i w połowie imprezy z emocji padłem. |
| i tu też - impreza się jeszcze nie rozpoczęła, a już padli jak muchy. |
| ha! następną uwiodłem :D |
czwartek, 14 lipca 2016
Mr Jogin
helloł!
a tak Wam powiem, że próbujemy swoich sił w konkursie Bobovity.
jeśli chcecie i będziecie pamiętać, to codziennie prosimy o Wasz głos!
niech świat zobaczy, jakie gumowe mam dziecko!
dzięks!
piątek, 8 lipca 2016
Eat me!
O tomkowym jedzeniu słów kilka.
Jak wiadomo lub też nie, a jak nie to informuję - Tomkowi z jedzeniem idzie bardzo różnie.
Kiedy rok temu rodziłam tego brzdąca miałam cichą nadzieję, że będę go karmić piersią. Na nadziei się skończyło. Neonatolog po przeczytaniu ulotki tabletek, do których wróciłam "żeby się nie rozsypać" stwierdziła, że okres potrzebny do "wyparowania" ich ze mnie wynosi około dwóch tygodni. A i że dla mnie lepiej będzie, gdy będę je przyjmować nadal. Więc nie przerwałam. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, że nie dałam mu tego, co najlepsze, a mogłam mu dać. Z całą pewnością miałby problem z ssaniem piersi - to jest w 100% pewne. Przy swojej wadzie serca nie miałby siły na to. Ale mogłam odciągać, przechować w lodówce, zamrozić, podać butelką.
Coś za coś.
Miał za to "nierozsypaną" matkę, która z dnia na dzień bardziej się zakochiwała. A i przy zażywaniu tabletek miałam niezłe zjazdy w głowie, więc nie wiem, co byłoby bez nich. Może nic, może tak samo. A może miałabym wszystko w d*pie i użalała, i płakała, i wyskoczyła przez okno. Teraz wydaje mi się, że byłoby ok, że dałabym radę. I nakręcam się znów, że go nie karmiłam. Ale guzik w tym prawdy. Bo przecież mogło ok nie być.
Tak więc, myślę sobie jeszcze, że chyba ważniejsze dla niego były emocje, więź, zaangażowanie, zaakceptowanie, niż to najlepsze z mlek. I osiągnęłam to, bez podawania piersi. Wiem, że są mamy, które walczą o każdą kropelkę. Chwała im za to. Wada serca u Tomka spowodowała, że przybierał na wadze tyle co nic - po 3 miesiącach od porodu ledwo kilogram. Na moim mleku nie uciągneli byśmy tyle. Oczywiście skład jest nieporównywalny, ale mleko modyfikowane jest jest kaloryczniejsze. Mieliśmy go "tuczyć" do operacji, a tu czasem nie szło utuczyć więcej jak 20gram tygodniowo. To był już czas, kiedy bałam się, że wezmą go do szpitala i podepną pod sondę. Naprawdę mało przybierał. Zjadał też mało. Z początku po 20 - 25ml. Z czasem doszliśmy do 40/50ml. Parę razy w tygodniu zdarzyła się jakaś 70. Zdrowe dzieci w tym czasie zjadały przynajmniej połowę więcej. Tonący brzytwy się chwyta, złapaliśmy się więc mleka dla wcześniaków poleconego przez ciocię Sonię. Jest jeszcze bardziej kaloryczne od zwykłego mm. Coś tam ruszyło do przodu, ale niewiele. Wydaje mi się, że to serduszko już nie dawało rady.
Są mamy zespolaków, które walczą o to, żeby te dzieciaki ssały pierś, bo to bardzo trudna praca. Szczególnie jeśli masz obniżone napięcie mięśniowe. I udaje im się to. Z pewnością z korzyścią dla przyszłego rozwoju mowy. Z tomkową bezsilnością długo szukaliśmy smoczka. Przez 4,5 miesiąca pił ze smoczka-jednorazówki, malutkiej i mięciutkiej - dla wcześniaków. Fiksowałam, że nie potrafi złapać osławionego Aventu, Tommee Tippee czy najzwyklejszego Canpola. Wszystkie były za trudne, a on za słaby! Fiksowałam, że będzie masakra z rozwojem mowy, bo nie ćwiczy mięśni, ani na piersi, ani na konkretnym smoczku. Z mową i tak nie będzie łatwo. A dopiero po operacji miał na tyle siły, że pielęgniarki zmieniły mu wcześniakowego smoka na troszkę większego - noworodkowego. Tak samo miękki, trochę większy. I teraz zobacz, kilka dni po zabiegu (2?), a zyskał na tyle sił, że można było go "awansować"! Wcześniej nie było o tym mowy, wszelkie próby kończyły się fiaskiem. W piątym miesiącu życia następny awans - jednorazówka niemowlęca. Dalej miękka, ale już fajnie duża. Już byłam pogodzona z tym, że na zawsze z nimi pozostaniemy. Przed ukończeniem szóstego miesiąca, zrobiłam ostatni eksperyment i kupiłam Lovi - po poleceniu go przez inne "zespołowe" mamy. Załapał!!! Radości nie było końca. Do dzisiaj jesteśmy jednak na przepływie 0 - dla noworodków. Nie leje się mu z buzi tak bardzo. W 7 miesiącu dopiero dowiedzieliśmy się, że Tomek zamiast ssać - kąsa smoczek. Dlatego czasem brakowało suchego kawałka pieluchy, żeby obetrzeć mu buzię. Zniwelowaliśmy ten nawyk/odruch. A może po prostu wreszcie nauczyliśmy go prawidłowo jeść i było mu łatwiej. Natomiast sam fakt, że Tomi potrzebował pół roku na to, żeby osiągnąć coś, co "zwykłe" dzieciaki mają praktycznie od urodzenia - chyba mówi sam za siebie.
Po operacji okazało się, że łatwo jest wypić 100ml, za kilka dni 120, a za jeszcze jakiś czas 150. I nie zwymiotować. Wyobraź sobie - wypijał max. 50ml i jeszcze część zwrócić. Jak tu grubnąć, skoro 5x dziennie chlusta się na pół pokoju? (boszzz jak se spomnę te obrzygane meble, drzwi i podłogi...) Naprawili serce - naprawili problem. Do tego czasu ze strachem go karmiłam - tu chcesz żeby tył, tam ci rzyga, a jeszcze niech się udławi! Masakra. Po pewnym czasie mieliśmy dość zmywania podłóg jakoś 3x dziennie, więc w pogotowiu była miska, do której te zwroty łapałam. Bo wiedziałam, kiedy ten zwrot będzie.
A później przyszły słoiczki. Zbrudzone było wszystko, bo uczyliśmy się obsługi łyżeczki, śliniaka i rąk tomkowych aktywowanych w najmniej oczekiwanym momencie. Albo w środku zupki Tomiś zasypiał. I jadł na śpiocha. Serio. Kimał w najlepsze na leżaczku i otwierał buzię, gdy posmyrałam go łyżeczką. A potem, jakby miał się wyspać PO obiedzie, to zregenerowany i uśmiechnięty budził się i oczekiwał zabawiania.
Z gotowymi daniami nie było problemu, z czasem zjadał coraz większe porcje. Problem nasz zaczął się, gdy zaczęłam próby podawania mu jedzenia o bardziej stałej, suchszej konsystencji. Najpierw go dławiło. A potem nauczył się zamykać buzię. I wypluwać. Doszło do tego, że od marca bez "Panie Janie" i "Aaa kotki dwa" mało który posiłek jest zjedzony. Parę pierwszych łyżeczek buzia otwierana jest bez problemu, a potem... Niet. Zamknę se dziób, a co, niech się męczy. A jak mi nie da, to za 3/5/10/15 minut wpadnę w złość i będę wrzeszczeć, że jestem głodny. Wiem więc, że może się wydawać, że Tomik nie chce jeść w tej konkretnej chwili, a ja mu wciskam. Staję na rzęsach żeby królewicz łaskawie otworzył buzię. Ale gdybym miała czekać, aż sam zacznie paszczę otwierać to jeden posiłek rozłożony byłby w czasie dwóch godzin.
W ogóle "Panie Janie" jest piosenką uniwersalną - do jedzenia, na rehabilitację, do rozśmieszenia. A mi już konkretnie bokiem wychodzi. Próbowałam zmienić na "Frere Jacques", ale wersja francuska nie przypadła mu do gustu.
Wracając do konsystencji posiłków i podawania mu "normalnego jedzenia". Strasznie fiksowałam/fiksuję nad tym, że Tomek ma roczek i nie je chleba, chrupek, biszkoptów, parówki (choć to może nie jest dobry przykład). Musi mieć mokro. Kawałki jako-tako nie przeszkadzają. Wiadomo, jak się zorientuje, to wypluje. Ale, gdy jest mokro i papkowato, wtedy zje wszystko.
Problemem nie jest u niego smak - nie zjem bo nie lubię, a konsystencja. Bardzo lubi. I smak szynki, i parówki, i chleba z nutellą. Nadwrażliwość smakowa - nieprawidłowe odczuwanie bodźców smakowych - W wypadku zmysłu smaku, bardzo często trudno odróżnić, czy dane zachowanie faktycznie dotyczy zmysłu smaku, czy może dotyku - w obrębie jamy ustnej. Śluzówka jamy ustnej i język są bowiem bardzo wrażliwe dotykowo. Należy zawsze starannie rozpatrywać wszelkie objawy występujące w obrębie jamy ustnej. (ciocia Wikipedia). No i trzeba go wyćwiczyć. Ćwiczymy w Ośrodku z ciocią Gosią. Chociaż ostatnio wychodzi nam tyle co nic, bo trzeba się bać na sam widok, jakby czarownicę zobaczył. Wrzeszczy jak opętany. Ćwiczymy w domu papranie się w różnych substancjach - papkowate są ok. Fasola też. Ale "żywe" owoce już nie - np. arbuz i maliny gryzą. Suchy makaron też szału nie robi.
Konsultowaliśmy się również z neurologopedą, która ma bardzo duże doświadczenie w pracy z dziećmi z zespołem Downa. Próbowaliśmy się do niej dostać od września. Tak więc, ciocia Kasia przesympatyczną i cudowną osobą jest. Co nie zmienia faktu, że należy się jej bać i wrzeszczeć z całych sił, gdy spróbuje dotknąć. Zdążyła jednak zaobserwować istotne rzeczy i zaleciła dalsze babranie się we wszystkim i nie skupianie się nad tym, że dziecko lubi papkowate. Od marca mamy problem z karmieniem, jest jakaś uraza, niemiłe wspomnienie, cwaniactwo? Szkoda, żeby zraził się bardziej i nie chciał wcale jeść. Powoli dajemy mu czas. Przynajmniej pół roku, które stracił przez serce. Blenduję, ale zostawiam grudki, kawałki. Blenduję, ale tyle co muszę, żeby było "mokro". Zjada naprawdę konkretne ilości. Przemycam małe, malusieńkie kawałeczki - suche. Rozwój ruchowy Tomka w chwili obecnej to jakiś 5/6 miesiąc. Wtedy nie daje się stałych-suchych pokarmów. Może wystarczy odpuścić... Choć męczy mnie to okropicznie. Nie chcę, żeby 3letni Tomisław jadał papkowate pokarmy. No ale - praktyka czyni mistrza, więc ćwiczyć i pracować nad tym będziemy. Z tym, że - ileż można użyć na kaszkach... Bo już nie wiem, co jeszcze można mu w takim wypadku dać, jako jakiś "stało-suchy-konkretny posiłek".
Będzie git.
Musi być.
Inooo muszę przestać się nakręcać, że znów daję mu papkowate. I przestać przejmować się otoczeniem, które hasłami w stylu: "roczne dziecko już powinno..." i "on ma roczek, powinien już jeść konkrety!", dobija, jak toporkiem strażackim. Powinno - zdrowe dziecko. Tomek nie jest zdrowy.
Buziaki misiaki!
Jak wiadomo lub też nie, a jak nie to informuję - Tomkowi z jedzeniem idzie bardzo różnie.
Kiedy rok temu rodziłam tego brzdąca miałam cichą nadzieję, że będę go karmić piersią. Na nadziei się skończyło. Neonatolog po przeczytaniu ulotki tabletek, do których wróciłam "żeby się nie rozsypać" stwierdziła, że okres potrzebny do "wyparowania" ich ze mnie wynosi około dwóch tygodni. A i że dla mnie lepiej będzie, gdy będę je przyjmować nadal. Więc nie przerwałam. Miałam ogromne wyrzuty sumienia, że nie dałam mu tego, co najlepsze, a mogłam mu dać. Z całą pewnością miałby problem z ssaniem piersi - to jest w 100% pewne. Przy swojej wadzie serca nie miałby siły na to. Ale mogłam odciągać, przechować w lodówce, zamrozić, podać butelką.
Coś za coś.
Miał za to "nierozsypaną" matkę, która z dnia na dzień bardziej się zakochiwała. A i przy zażywaniu tabletek miałam niezłe zjazdy w głowie, więc nie wiem, co byłoby bez nich. Może nic, może tak samo. A może miałabym wszystko w d*pie i użalała, i płakała, i wyskoczyła przez okno. Teraz wydaje mi się, że byłoby ok, że dałabym radę. I nakręcam się znów, że go nie karmiłam. Ale guzik w tym prawdy. Bo przecież mogło ok nie być.
Tak więc, myślę sobie jeszcze, że chyba ważniejsze dla niego były emocje, więź, zaangażowanie, zaakceptowanie, niż to najlepsze z mlek. I osiągnęłam to, bez podawania piersi. Wiem, że są mamy, które walczą o każdą kropelkę. Chwała im za to. Wada serca u Tomka spowodowała, że przybierał na wadze tyle co nic - po 3 miesiącach od porodu ledwo kilogram. Na moim mleku nie uciągneli byśmy tyle. Oczywiście skład jest nieporównywalny, ale mleko modyfikowane jest jest kaloryczniejsze. Mieliśmy go "tuczyć" do operacji, a tu czasem nie szło utuczyć więcej jak 20gram tygodniowo. To był już czas, kiedy bałam się, że wezmą go do szpitala i podepną pod sondę. Naprawdę mało przybierał. Zjadał też mało. Z początku po 20 - 25ml. Z czasem doszliśmy do 40/50ml. Parę razy w tygodniu zdarzyła się jakaś 70. Zdrowe dzieci w tym czasie zjadały przynajmniej połowę więcej. Tonący brzytwy się chwyta, złapaliśmy się więc mleka dla wcześniaków poleconego przez ciocię Sonię. Jest jeszcze bardziej kaloryczne od zwykłego mm. Coś tam ruszyło do przodu, ale niewiele. Wydaje mi się, że to serduszko już nie dawało rady.
Są mamy zespolaków, które walczą o to, żeby te dzieciaki ssały pierś, bo to bardzo trudna praca. Szczególnie jeśli masz obniżone napięcie mięśniowe. I udaje im się to. Z pewnością z korzyścią dla przyszłego rozwoju mowy. Z tomkową bezsilnością długo szukaliśmy smoczka. Przez 4,5 miesiąca pił ze smoczka-jednorazówki, malutkiej i mięciutkiej - dla wcześniaków. Fiksowałam, że nie potrafi złapać osławionego Aventu, Tommee Tippee czy najzwyklejszego Canpola. Wszystkie były za trudne, a on za słaby! Fiksowałam, że będzie masakra z rozwojem mowy, bo nie ćwiczy mięśni, ani na piersi, ani na konkretnym smoczku. Z mową i tak nie będzie łatwo. A dopiero po operacji miał na tyle siły, że pielęgniarki zmieniły mu wcześniakowego smoka na troszkę większego - noworodkowego. Tak samo miękki, trochę większy. I teraz zobacz, kilka dni po zabiegu (2?), a zyskał na tyle sił, że można było go "awansować"! Wcześniej nie było o tym mowy, wszelkie próby kończyły się fiaskiem. W piątym miesiącu życia następny awans - jednorazówka niemowlęca. Dalej miękka, ale już fajnie duża. Już byłam pogodzona z tym, że na zawsze z nimi pozostaniemy. Przed ukończeniem szóstego miesiąca, zrobiłam ostatni eksperyment i kupiłam Lovi - po poleceniu go przez inne "zespołowe" mamy. Załapał!!! Radości nie było końca. Do dzisiaj jesteśmy jednak na przepływie 0 - dla noworodków. Nie leje się mu z buzi tak bardzo. W 7 miesiącu dopiero dowiedzieliśmy się, że Tomek zamiast ssać - kąsa smoczek. Dlatego czasem brakowało suchego kawałka pieluchy, żeby obetrzeć mu buzię. Zniwelowaliśmy ten nawyk/odruch. A może po prostu wreszcie nauczyliśmy go prawidłowo jeść i było mu łatwiej. Natomiast sam fakt, że Tomi potrzebował pół roku na to, żeby osiągnąć coś, co "zwykłe" dzieciaki mają praktycznie od urodzenia - chyba mówi sam za siebie.
Po operacji okazało się, że łatwo jest wypić 100ml, za kilka dni 120, a za jeszcze jakiś czas 150. I nie zwymiotować. Wyobraź sobie - wypijał max. 50ml i jeszcze część zwrócić. Jak tu grubnąć, skoro 5x dziennie chlusta się na pół pokoju? (boszzz jak se spomnę te obrzygane meble, drzwi i podłogi...) Naprawili serce - naprawili problem. Do tego czasu ze strachem go karmiłam - tu chcesz żeby tył, tam ci rzyga, a jeszcze niech się udławi! Masakra. Po pewnym czasie mieliśmy dość zmywania podłóg jakoś 3x dziennie, więc w pogotowiu była miska, do której te zwroty łapałam. Bo wiedziałam, kiedy ten zwrot będzie.
A później przyszły słoiczki. Zbrudzone było wszystko, bo uczyliśmy się obsługi łyżeczki, śliniaka i rąk tomkowych aktywowanych w najmniej oczekiwanym momencie. Albo w środku zupki Tomiś zasypiał. I jadł na śpiocha. Serio. Kimał w najlepsze na leżaczku i otwierał buzię, gdy posmyrałam go łyżeczką. A potem, jakby miał się wyspać PO obiedzie, to zregenerowany i uśmiechnięty budził się i oczekiwał zabawiania.
Z gotowymi daniami nie było problemu, z czasem zjadał coraz większe porcje. Problem nasz zaczął się, gdy zaczęłam próby podawania mu jedzenia o bardziej stałej, suchszej konsystencji. Najpierw go dławiło. A potem nauczył się zamykać buzię. I wypluwać. Doszło do tego, że od marca bez "Panie Janie" i "Aaa kotki dwa" mało który posiłek jest zjedzony. Parę pierwszych łyżeczek buzia otwierana jest bez problemu, a potem... Niet. Zamknę se dziób, a co, niech się męczy. A jak mi nie da, to za 3/5/10/15 minut wpadnę w złość i będę wrzeszczeć, że jestem głodny. Wiem więc, że może się wydawać, że Tomik nie chce jeść w tej konkretnej chwili, a ja mu wciskam. Staję na rzęsach żeby królewicz łaskawie otworzył buzię. Ale gdybym miała czekać, aż sam zacznie paszczę otwierać to jeden posiłek rozłożony byłby w czasie dwóch godzin.
W ogóle "Panie Janie" jest piosenką uniwersalną - do jedzenia, na rehabilitację, do rozśmieszenia. A mi już konkretnie bokiem wychodzi. Próbowałam zmienić na "Frere Jacques", ale wersja francuska nie przypadła mu do gustu.
Wracając do konsystencji posiłków i podawania mu "normalnego jedzenia". Strasznie fiksowałam/fiksuję nad tym, że Tomek ma roczek i nie je chleba, chrupek, biszkoptów, parówki (choć to może nie jest dobry przykład). Musi mieć mokro. Kawałki jako-tako nie przeszkadzają. Wiadomo, jak się zorientuje, to wypluje. Ale, gdy jest mokro i papkowato, wtedy zje wszystko.
Problemem nie jest u niego smak - nie zjem bo nie lubię, a konsystencja. Bardzo lubi. I smak szynki, i parówki, i chleba z nutellą. Nadwrażliwość smakowa - nieprawidłowe odczuwanie bodźców smakowych - W wypadku zmysłu smaku, bardzo często trudno odróżnić, czy dane zachowanie faktycznie dotyczy zmysłu smaku, czy może dotyku - w obrębie jamy ustnej. Śluzówka jamy ustnej i język są bowiem bardzo wrażliwe dotykowo. Należy zawsze starannie rozpatrywać wszelkie objawy występujące w obrębie jamy ustnej. (ciocia Wikipedia). No i trzeba go wyćwiczyć. Ćwiczymy w Ośrodku z ciocią Gosią. Chociaż ostatnio wychodzi nam tyle co nic, bo trzeba się bać na sam widok, jakby czarownicę zobaczył. Wrzeszczy jak opętany. Ćwiczymy w domu papranie się w różnych substancjach - papkowate są ok. Fasola też. Ale "żywe" owoce już nie - np. arbuz i maliny gryzą. Suchy makaron też szału nie robi.
Konsultowaliśmy się również z neurologopedą, która ma bardzo duże doświadczenie w pracy z dziećmi z zespołem Downa. Próbowaliśmy się do niej dostać od września. Tak więc, ciocia Kasia przesympatyczną i cudowną osobą jest. Co nie zmienia faktu, że należy się jej bać i wrzeszczeć z całych sił, gdy spróbuje dotknąć. Zdążyła jednak zaobserwować istotne rzeczy i zaleciła dalsze babranie się we wszystkim i nie skupianie się nad tym, że dziecko lubi papkowate. Od marca mamy problem z karmieniem, jest jakaś uraza, niemiłe wspomnienie, cwaniactwo? Szkoda, żeby zraził się bardziej i nie chciał wcale jeść. Powoli dajemy mu czas. Przynajmniej pół roku, które stracił przez serce. Blenduję, ale zostawiam grudki, kawałki. Blenduję, ale tyle co muszę, żeby było "mokro". Zjada naprawdę konkretne ilości. Przemycam małe, malusieńkie kawałeczki - suche. Rozwój ruchowy Tomka w chwili obecnej to jakiś 5/6 miesiąc. Wtedy nie daje się stałych-suchych pokarmów. Może wystarczy odpuścić... Choć męczy mnie to okropicznie. Nie chcę, żeby 3letni Tomisław jadał papkowate pokarmy. No ale - praktyka czyni mistrza, więc ćwiczyć i pracować nad tym będziemy. Z tym, że - ileż można użyć na kaszkach... Bo już nie wiem, co jeszcze można mu w takim wypadku dać, jako jakiś "stało-suchy-konkretny posiłek".
Będzie git.
Musi być.
Inooo muszę przestać się nakręcać, że znów daję mu papkowate. I przestać przejmować się otoczeniem, które hasłami w stylu: "roczne dziecko już powinno..." i "on ma roczek, powinien już jeść konkrety!", dobija, jak toporkiem strażackim. Powinno - zdrowe dziecko. Tomek nie jest zdrowy.
Buziaki misiaki!
![]() |
| Miś od chrzestnego zdaje egzamin ;) |
sobota, 25 czerwca 2016
czwartek, 23 czerwca 2016
Happy B-Day!
To już dziś! Świętujemy!
I objadamy się tortem i nie liczymy dziś kalorii! :)
Rok temu Tomiś postanowił zrobić niespodziankę na Dzień Ojca i koniecznie pojawić po drugiej stronie maminego brzucha! Kto by pomyślał, że to tak szybko zleci!
Tatusiowi życzymy samych wspaniałych chwil spędzany z nami :* Bo bez niego nie dalibyśmy z Tomkiem rady :*
Dziś nawet obudziłam się o 6;40 jak wtedy, gdy odeszły mi wody :D A Tomek o tej porze pojęczał i przewrócił się na drugi bok. I to by się zgadzało - zrobił dziurkę w baloniku i stwierdził, że się jeszcze kimnie - bo za chiny potem nie chciał wyjść :P
Dobrego dnia bąbelki!
czwartek, 16 czerwca 2016
Holidays!
Uwaga! Poniższy post obfituje w zdjęcia. Najczęściej są to zdjęcia jednego i tego samego dziecka w różnych konfiguracjach i położeniu, różniące się nieznacznie miną lub tez nie różnią się niczym prócz tła. Jeśli nie potrafisz tego znieść naciśnij krzyżyk na czerwonym guziku w prawym rogu ekranu. Albo lepiej napisz coś miłego, mimo, że zdjęcia mogą być jednakowe :]
Powodzenia!
Z perspektywy czasu patrząc - nie dowierzam. Udało się! Ze stresem przed i stresem w trakcie. Nic się nie stało i udało się! Wyjechaliśmy z miejsca zamieszkania naszego całe 500/600 kilometrów na północ. Dzień Matki był świętowany podczas krzątaniny i pakowania toreb podróżnych (kurde, walizki to chyba super sprawa...). Tomek z tej okazji nadal mówił "tata". I bebla tak do dziś. Pff... Jednakowoż udało mi się spakować przed 21 - tomkowe ciuchy zabrane prawie wszystkie, na syberyjskie mrozy też. Po tym lekkim poślizgu (bo miał być zapakowany już o 18...;P) dalszy plan przebiegał bez zakłóceń - pobudka o 3 w nocy, butla dla Tomka, zabranie bagażu podręcznego, w tym dziecka i można ruszać. Udało nam się wyjechać punktualnie o 4. Nam dzieciatym! A i tak musieliśmy czekać na mniej dzieciatych, chociaż zmieścili się w kwadransie studenckim ;) W między czasie dziecko nam się lekko wyspało (i od tego się wszystko zaczęło, ale o tym później).
Tomisław podróż znosił bardzo dzielnie i szczęśliwie - nie kazano mu jeść zbyt często. Dziecko zadowolone było. Matka mniej. Cały pobyt jednak poza domem odbył się pod znakiem słoiczków i kaszki, więc w miarę jadł, choć i tak jęczałam, że jeść nie chce. Bo papki są dobre.
Siemiany mają to do siebie, że można tam robić nic przez cały dzień, chodzić w piżamie albo i majtkach też przez cały dzień. Ewentualnie, jak już zachce się ruszyć dupę, można iść na spacer do wsi, lasu, pojeździć na rowerach, bo piękne tereny są, wykąpać się w zielonym jeziorze albo wyjechać samochodem zwiedzać Warmię i Mazury - tylko najpierw wydostań się do "cywilizacji" 20km przez las.
No to poszliśmy. Najpierw do jednej z 3 knajp we wsi, która liczy może 50 domów. Refleksja taka, że zacznę zbijać złoty interes na gofrach.
Drogi powrotnej nie fotografowałam, bo lecieliśmy w deszczu.
Drugie podejście do spaceru również było deszczowe. W las poszliśmy, choć w lesie mieszkaliśmy. Much było miljon, komarów 5. Doszliśmy do Grubej Sosny, strzeliliśmy po zdjęciu, przeszliśmy 5 metrów dalej i się zaczęło. Pranie zrobione na sobie każdy miał.
Sąsiedzi śmiali się, że mamy im mówić kiedy wychodzimy na spacer - nie będą wtedy rozpalać ogniska, bo im mija się to z celem.
Kolejne dni przyniosły nam wizytę w Szymbarku, Iławie, Ostródzie i Malborku.
Zrobiliśmy łikendowy wypad nad morze nasze piękne polskie, przelecieliśmy przez Sopot i Gdańsk, poleniliśmy się na jantarskiej plaży.
Tata Tito znalazł "krótszą drogę na plażę" w Jantarze. Może i była ona krótsza, plaża bardziej pusta, jednak nikt nie przewidział tego, że z wózkiem przez piaszczysty las, pod wielką górę będzie ciężko. Efektem wędrówki były 7 poty wlewane przez ojca, rzucane soczyste słowa na wiatr oraz bolące od noszenia dziecka ręce matki. No aleee dotarliśmy! Tomisław najciekawszą i najlżejszą ostatnią prostą przespał. Mogliśmy wejść do ciepłej (!) wody i przez chwilę się poopalać.
Ciekawostka taka - zasięg 4 sieci nie działał, wiecie? A u pomarańczowego operatora było się po pas w wodzie i można było konwersować. ;)
Dziecko się obudziło i od początku coś mu nie pasowało. Miałam nadzieję na piękne zdjęcia na tle morza, jednak Tomiś stwierdził, że koniecznie jest nie w humorze i musi się bać. Nawet za parawanem mu nie odpowiadało. Zdjęć więc mam tyle co kot napłakał i w dodatku jeszcze nie takie, jakich bym sobie życzyła. No i szybko musieliśmy się jednak zebrać. I tak jest do dziś, beksa się z niego jakaś mała robi. Uważajcie na słowa, kto się do niego zbliża, bo grozić to może nagłą zmianą humoru.
Sopot i Gdańsk zaliczyliśmy na raz-dwa. Spacer po molo zaliczony i - uwaga - Tomcio morza się już nie bał, natomiast ze smakiem zjadł deserek. W Gdańsku szybki spacer po rynku i obiad dla małego (jod chyba działa cuda, musimy się tam przeprowadzić). No i grzechem byłoby nie skorzystać z wizyty na Westerplatte. Jeśli chodzi o Tomasza to najlepszą frajdę miało dziecko z rwania brody tacie. Tata po przyjeździe do domu brodę zgolił.
Powodzenia!
Z perspektywy czasu patrząc - nie dowierzam. Udało się! Ze stresem przed i stresem w trakcie. Nic się nie stało i udało się! Wyjechaliśmy z miejsca zamieszkania naszego całe 500/600 kilometrów na północ. Dzień Matki był świętowany podczas krzątaniny i pakowania toreb podróżnych (kurde, walizki to chyba super sprawa...). Tomek z tej okazji nadal mówił "tata". I bebla tak do dziś. Pff... Jednakowoż udało mi się spakować przed 21 - tomkowe ciuchy zabrane prawie wszystkie, na syberyjskie mrozy też. Po tym lekkim poślizgu (bo miał być zapakowany już o 18...;P) dalszy plan przebiegał bez zakłóceń - pobudka o 3 w nocy, butla dla Tomka, zabranie bagażu podręcznego, w tym dziecka i można ruszać. Udało nam się wyjechać punktualnie o 4. Nam dzieciatym! A i tak musieliśmy czekać na mniej dzieciatych, chociaż zmieścili się w kwadransie studenckim ;) W między czasie dziecko nam się lekko wyspało (i od tego się wszystko zaczęło, ale o tym później).
Mieliśmy krótki postój na A1. Szybka kawa, szybka pielucha i w drogę. Zaspana troszkę byłam, gdy wjeżdżaliśmy na MOP i w pierwszej chwili po szybkim rozejrzeniu się po okolicy stwierdziłam "hm, ciekawe po co ktoś rozłożył tu namioty, suszą je/wietrzą czy co?".
No nie. Suszone to było pranie - wszędzie. Płotek z placu zabaw, drzewka, krzewy. Pranie prane na miejscu, czyli na postoju autostradowym.
Poczułam się jak w jakimś obozowisku dla uchodźców. Oto Romowie pędzili na festiwal do Ciechocinka. Dorobek życia lub ułamek tegoż dorobku przewożony w samochodach pokroju bmw i audi. Wcale nie starych. Sama bym się przeprosiła z marką bety i se taką pojeździła.
Małe dzieci. Brud i syf, pourywane klamki w toaletach. Tomka przebrałam w aucie.
Jak już pisałam na fb, nie jestem rasistką i staram się nie ulegać stereotypom. No ale ręce opadają. Sprzątaczka miała pełne ręce roboty, a konserwator opowiadał, że w zeszłym roku zrobili ognisko na środku chodnika. Oczywiście puzzli po miłym wieczorze za sobą nie posprzątali i następnego dnia odjechali, zostawiając cały syf.
A policja się nawet nie śmiała pokazać.
Jako, iż jęczałam pół drogi, że mi niedobrze, dalej pojechałam ja. O! Chciał mnie Tito po autostradzie zmienić, ale była to krótka zmiana i do Iławy i Siemian jechałam już cały czas za kółkiem. Wtedy mi się dobrze mężowską beemką jeździ :)
![]() |
| Co Ty zdjęcie robisz?! Pogieło Cieee? (moje pierwsze selfiii;) |
Siemiany mają to do siebie, że można tam robić nic przez cały dzień, chodzić w piżamie albo i majtkach też przez cały dzień. Ewentualnie, jak już zachce się ruszyć dupę, można iść na spacer do wsi, lasu, pojeździć na rowerach, bo piękne tereny są, wykąpać się w zielonym jeziorze albo wyjechać samochodem zwiedzać Warmię i Mazury - tylko najpierw wydostań się do "cywilizacji" 20km przez las.
No to poszliśmy. Najpierw do jednej z 3 knajp we wsi, która liczy może 50 domów. Refleksja taka, że zacznę zbijać złoty interes na gofrach.
Drogi powrotnej nie fotografowałam, bo lecieliśmy w deszczu.
Drugie podejście do spaceru również było deszczowe. W las poszliśmy, choć w lesie mieszkaliśmy. Much było miljon, komarów 5. Doszliśmy do Grubej Sosny, strzeliliśmy po zdjęciu, przeszliśmy 5 metrów dalej i się zaczęło. Pranie zrobione na sobie każdy miał.
| prezentujemy tutaj bardzo brzydkie zachowanie wtargnięcia na ogrodzony teren pomnika przyrody |
| ostatnia scena przed armagedonem |
Kolejne dni przyniosły nam wizytę w Szymbarku, Iławie, Ostródzie i Malborku.
Zrobiliśmy łikendowy wypad nad morze nasze piękne polskie, przelecieliśmy przez Sopot i Gdańsk, poleniliśmy się na jantarskiej plaży.
Tata Tito znalazł "krótszą drogę na plażę" w Jantarze. Może i była ona krótsza, plaża bardziej pusta, jednak nikt nie przewidział tego, że z wózkiem przez piaszczysty las, pod wielką górę będzie ciężko. Efektem wędrówki były 7 poty wlewane przez ojca, rzucane soczyste słowa na wiatr oraz bolące od noszenia dziecka ręce matki. No aleee dotarliśmy! Tomisław najciekawszą i najlżejszą ostatnią prostą przespał. Mogliśmy wejść do ciepłej (!) wody i przez chwilę się poopalać.
Ciekawostka taka - zasięg 4 sieci nie działał, wiecie? A u pomarańczowego operatora było się po pas w wodzie i można było konwersować. ;)
Dziecko się obudziło i od początku coś mu nie pasowało. Miałam nadzieję na piękne zdjęcia na tle morza, jednak Tomiś stwierdził, że koniecznie jest nie w humorze i musi się bać. Nawet za parawanem mu nie odpowiadało. Zdjęć więc mam tyle co kot napłakał i w dodatku jeszcze nie takie, jakich bym sobie życzyła. No i szybko musieliśmy się jednak zebrać. I tak jest do dziś, beksa się z niego jakaś mała robi. Uważajcie na słowa, kto się do niego zbliża, bo grozić to może nagłą zmianą humoru.
Sopot i Gdańsk zaliczyliśmy na raz-dwa. Spacer po molo zaliczony i - uwaga - Tomcio morza się już nie bał, natomiast ze smakiem zjadł deserek. W Gdańsku szybki spacer po rynku i obiad dla małego (jod chyba działa cuda, musimy się tam przeprowadzić). No i grzechem byłoby nie skorzystać z wizyty na Westerplatte. Jeśli chodzi o Tomasza to najlepszą frajdę miało dziecko z rwania brody tacie. Tata po przyjeździe do domu brodę zgolił.
| przeprawa promem przez ujście Wisły... |
| ...którą Tomek oczywiście przespał |
Generalnie, wakacje minęły nam w przyjemnej, sielskiej atmosferze. Nie napiszę, że lekko też było, bo nie było. Na samym początku zorientowaliśmy się, że zapomnieliśmy z domu nosidełka, którego brak uniemożliwił nam zwiedzanie Malborka. I co dziwne, do dziś nie umiemy go w domu znaleźć. Poza tym, lekko nie jest nam teraz, gdyż lekką ręką za dużo jedliśmy. Idziemy na dietę, serio. I będziemy biegać. Albo cokolwiek.
Jeszcze bardziej sielsko i przyjemnie byłoby, gdyby dziecko nasze nie wstawało - na wakacjach! - o 4:30/4:35/5:00/5:15, ewentualnie w promocji o 5:50. Tak, faceci byli wyspani, ja nie.
Jak już na fejsbuniu pisałam, mieliśmy również niespodziankę. W sumie to dwie. Pierwsza - Tomcio wreszcie nauczył się przewracać z brzucha na plecy! Myślałam, że zrobił to przypadkiem (bo podczas kąpieli i wycierania się, całe ciało musi być bardzo zaktywizowane;), ale robił to zamierzenie, a teraz w domu turla się po całej macie :) Drugą niespodzianką, o której wspomniałam był, a raczej jest - ząb! :) Nie dowierzałam, bo już tyle razy go wypatrywaliśmy, że w końcu przestałam, ale podczas drogi przez mękę - czyt. "karmienie" - zauważyłam lekko zmienione dziąsło. Na wszelki wypadek w Iławie kupiliśmy żel na ząbkowanie. Już pod ręką miałam paracetamol. Już oczami wyobraźni widziałam skaczącą temperaturę i zimne okłady na czole i nogach. A tu nic. Żelu użyłam 2 razy. Reszty wcale. Jeśli tak miałoby wyglądać ząbkowanie, to proszę o więcej ;) Także ten - jeśli Twój maluszek nie ma ząbków - jedź na Siemiany ;) No, a my zdążyliśmy przed roczkiem :) Może, jeśli wyrosną mu chociaż ze dwa zęby, będzie lepiej z jedzeniem... Bo nadal jesteśmy na etapie "nie daj mi nic suchego, kruchego, czegoś co nie jest papkowate"... I ważymy niecałe 7200g. Ale byle do przodu!
Także ten... Wakacje powróćcie! Było cudownie leniwie! :)
Z njusów najnowszych:
Tomek jest wesołym i pogodnym chłopcem. Wiecznie uśmiechniętym i zadowolonym. Nie płacze i nie marudzi - oprócz tych momentów, ostatnio częstszych, podczas których coś mu nie pasuje i zaczyna się bać. Wizyta u logopedy owocuje histerią i sztywnieniem ze strachu, a przecież taki zadowolony byłem u cioci Gosi. Po dwutygodniowej przerwie, na rehabilitacji też się nie chce... We wtorek miał lenia, więc trzeba było sobie popłakać, choć wszystkie ćwiczenia doskonale zna i coraz lepiej mu wychodzą. Podczas dzisiejszych zajęć znów nie obyło się bez "Panie Janie" a capella w moim wykonaniu. Jak zawsze zresztą - śniadanie/obiad kolacja/ wszystko inne - ta piosenka mi już bokiem wychodzi, a strasznie się mu podoba. Niestety ciocia Asia raczyła się do Tomisława uśmiechnąć i powiedzieć pół słowa za dużo. Koooniec. Płacz i zgrzytanie nie do końca wyrżniętym zębem. "Panie Janie nie działało". Babcia nie może powiedzieć "prr". Ani nikt inny, prócz mnie. W ogóle, nie wiadomo, co można przy nim powiedzieć, ani jaką minę zrobić ostatnio.
Mam nadzieję, że ten okres mu minie, bo praca na mnie niedługo czeka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















