wtorek, 5 stycznia 2016

Koncertowo

Od weekendu mamy niezły dżez z zasypianiem - smoczek jest be, ze złości Tom jest czerwony jak burak i nic nie pomaga oprócz przytulasów. Odpada migiem. A pomyśleć, że się go kładło do łóżeczka i nie było dziecka.
Opcje dwie są:
1. Zbiera go choróbsko - od 2 dni pokaszluje raz za kiedy i nie chce mleka z butli.
2. Jakiś zębol może się pojawi? Bo na razie pojawiło się więcej śliny i palce są częściej w buzi.
Oby ta druga.

A w załączniku macie jak tomek się budzi/zasypia. Chociaż to jeszcze nie jest ta aria, którą chciałam nagrać.
I koncerty te nie są związane z jego złym samopoczuciem/zębami/chorobą.


niedziela, 3 stycznia 2016

Tomi the Lion-Heart

   W 26. tygodniu ciąży dowiedzieliśmy się, że Tomek urodzi się z wrodzoną wadą serca pod postacią całkowitego kanału przedsionkowo-komorowego. Wooow, takie rzeczy istnieją! I istnieją najczęściej z zespołem Downa! Serio?! Te informacje były dla nas jak meteoryt w Czelabińsku. Nie wiem, jaką ja miałam minę wychodząc z gabinetu, ale pani doktor miała nietęgą. Twardo jednak szłam, przecież się nie rozpłaczę w miejscu publicznym. No, ale auto już było miejscem prywatnym, więc się nie ograniczałam. W domu również. Przez 2 miesiące.
   Natychmiast po przyjeździe rozpoczęliśmy poszukiwania u wujka Gogla. Informacje były skąpe. Troszkę doczytaliśmy na stronie Fundacji Serce Dziecka, część w cioci Wikipedii. Wszystkie mówiły jedno - dwie dziury, jedna zastawka, 70% szans na zespół Downa. 70%! Zdecydowałam się na amniopunkcję, ale podczas oczekiwania na wyniki założyliśmy, że skoro trafiliśmy w 1% wad serca (w tym 5% to całkowity kanał), to dlaczego nie mielibyśmy trafić w 70% szans na zespół?
   Na stronie Fundacji Serce Dziecka przeczytaliśmy jeszcze:
Historie rodziców dzieci z wadami serca sprowadzają się do 2 typowych scenariuszy:

  • O wadzie serca dziecka dowiadują się w czasie badania USG w ciąży (około 20 tygodnia ciąży).

Jeśli będą mieli szczęście, ginekolog skieruje ich do kardiologa prenatalnego, który zdiagnozuje wadę i skieruje matkę do właściwego ośrodka, w którym specjaliści będą mogli zaplanować leczenie dziecka już od pierwszych chwil jego życia (a czasami nawet już w trakcie ciąży).
Jeśli nie będą mieli szczęścia, ginekolog kiwnie smutno głową, że nic się nie da zrobić, a w niektórych przypadkach w najlepszej wierze doradzi przyszłej matce usunięcie ciąży - "będzie Pani miała spaprane życie".

  • O wadzie serca dowiadują się kilka godzin po urodzeniu dziecka w momencie, gdy nagle, z niewyjaśnionych powodów, dziecko zaczyna sinieć. 

Jeśli mają szczęście, lekarz, który to zauważa wie co zrobić i kieruje dziecko do właściwego ośrodka. Wtedy ma ono szansę na operację, choć na ogół trafia do szpitala w gorszym stanie i, siłą rzeczy, ma mniejsze szanse na wyleczenie.
Jeśli nie mają szczęścia, dziecko umiera po kilku godzinach.

Więc mieliśmy szczęście. Mogliśmy się przygotować. Na zespół też. Trafiliśmy do wspaniałej lekarki, która przekazała nam te wiadomości spokojnie, bez nerwów i pośpiechu, najdelikatniej jak tylko potrafiła. Zarekomendowała poród w Rudzie Śląskiej. Oddział neonatologii jest świetnie wyposażony (przeogromny wkład miała WOŚP), personel jest wysoce wykwalifikowany, lekarze są przemili i w każdej chwili rozwiewali nasze wątpliwości. Podczas naszego pobytu, a byliśmy tam niewiele ponad tydzień, spotkałam co najmniej 4 dziewczyny rodzące dzieci z wadami serca lub innymi problemami.
   Charakterystyka naszej wady - całkowitego kanału przedsionkowo-komorowego - jest dosyć skomplikowana, jeśli czytać tylko medyczne opisy w internetach. W zdrowym sercu każdy ma dwa przedsionki, dwie komory i dwie zastawki, które kierunkują przepływ krwi (z przedsionków do komór). Krew płynie do prawego przedsionka, dalej przez zastawkę trójdzielną do prawej komory, następnie do płuc, gdzie się natlenia. Stamtąd powraca do lewego przedsionka, przepływa przez zastawkę dwudzielną (mitralną) do lewej komory, z której wypływa aortą do całego ciała.
W naszej wadzie krew natleniona miesza się z nienatlenioną, swobodnie przepływa między komorami i przedsionkami.
Dodatkowo wada ta jest podzielona na trzy typy, które determinują stopień złożoności (częściowy, całkowity, przejściowy). I jeśli jedna z komór jest niedorozwinięta, a przegroda położona niesymetrycznie, wtedy mówi się o kanale niezbalansowanym - zastawka otwiera się w większej części to jednej z komór. Chociaż dla mnie jest ona tak złożona i skomplikowana w ogóle, że poważniej już jej chyba nie mogłabym traktować.

1. Częściowy kanał przedsionkowo-komorowy (partial atrioventricular canal – PAVC) – zwany ubytkiem przegrody międzyprzedsionkowej typu otworu pierwotnego (ostium primum atrial septal defect – ASDI) – to ubytek o półksiężycowatym kształcie, zlokalizowany w dolnej części przegrody międzyprzedsionkowej, tuż powyżej poziomu zastawek przedsionkowo-komorowych. Ubytkowi towarzyszą różnego stopnia nieprawidłowości zastawki mitralnej, która z tego powodu staje się niedomykalna.
2. Całkowity kanał przedsionkowo-komorowy (common atrioventricular canal – CAVC) – najbardziej złożona postać wady – obejmuje ubytek przegrody międzyprzedsionkowej typu otwór pierwotny (patrz wyżej) oraz ubytek przegrody międzykomorowej zlokalizowany tuż poniżej poziomu zastawek. Zastawki mitralna i trójdzielna nie są prawidłowo wykształcone, a ujście przedsionkowo-komorowe zamyka wspólna zastawka, najczęściej 5-płatkowa, z dwoma płatkami głównymi: górnym (przednim) i dolnym (tylnym).
3. Przejściowy kanał przedsionkowo-komorowy (transitional atrioventricular canal – TAVC) to postać pośrednia między całkowitym a częściowym kanałem przedsionkowo-komorowym. Stwierdza się ubytek przegrody międzyprzedsionkowej typu otwór pierwotny oraz ubytek przegrody międzykomorowej zazwyczaj tak mały, że nie umożliwia pełnego mieszania się krwi między prawą i lewą komorą. Zastawki mitralna i trójdzielna mają nieprawidłową strukturę, ale nie tworzą wspólnej zastawki. 
(sercedziecka.org.pl)

U Tomka była jedna wspólna zastawka na całe serce, dziura pomiędzy przedsionkami ok. 6 mm i dziura między komorami ok. 12 mm. Duże. Podobno bywają mniejsze. Chyba jeden plus, że mieliśmy postać zbalansowaną.
TomTom od urodzenia przyjmuje leki wspomagające pracę jego serduszka, ale jedynym skutecznym leczeniem była operacja. W przeciwnym razie wada ta jest śmiertelna. Rozwija się nadciśnienie płucne - tkanki naczyń płucnych nie są przystosowane do pompowanie takiej ilości krwi, przerastają, wapnieją. Dzieci mało ważą, niewiele jedzą, sinieją, mają duszności i przyspieszony oddech. Po pewnym czasie następuje chwilowa poprawa w stanie zdrowia, by później poszło wszystko z górki... To wersja oczywiście dla nierozpoznanej wady. Zwlekając z operacją dziecko może i zostanie uratowane, ale czeka je przeszczep płuc.
  Operacja Tomka zaplanowana została na 6 października. Dzień wcześniej zostaliśmy przyjęci na Oddział Kardiochirurgii w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach-Ligocie. Udało się nam być zdrowym (we wrześniu Tomisława dopadła infekcja, przez którą nie chciał jeść, był odwodniony i słabiutki - efekt: Ligota, 5 piętro). Po przyjęciu wypisaliśmy stos dokumentów, zezwoleń i innych karteczek. Na spokojnie mogliśmy się zapoznać ze specyfikacją przeprowadzanych zabiegów, powikłaniami, po czym przygotować sobie pytania do lekarzy.
Całkiem zrelaksowany w pierwszym dniu pobytu na kardiochirurgii
Jeszcze tego samego dnia odwiedziła nas pani anestezjolog, która przygotowywała Toma do operacji. Opowiedziała, jak wyglądać będzie jej praca podczas zabiegu. Zwróciła uwagę na tomkowy cypelek przy uchu - wadę wrodzoną uszka, przez którą mogłaby mieć problemy z intubacją. Bardzo pozytywna lekarka, mile ją wspominam.
W dniu operacji, mogłam go karmić tylko do 5 rano. Jakoś te 3-godzinne przerwy źle miałam policzone i ni w ząb nie chciało wyjść ostatnie karmienie w okolicach 5. Myślę sobie - w nocy go przetrzymam, przy okazji wyśpię się ze dwie godziny dłużej. Tomek w drugim miesiącu życia zaczął przesypiać w nocy ok. 5-6 godzin, ale w dniu operacji budził się jak w zegarku - co 3 godziny. Tyle z mojego przestawiania.
Przed 9 zanieśliśmy go na blok operacyjny - ostatni cmok i zniknął w wielkich drzwiach.
Po powrocie na salę czekaliśmy na kardiochirurga. Podczas rozmowy opisał nam budowę i pracę zdrowego serca i "naszego", z wadą CAVC. Wytłumaczył na czym polegają anomalie, dlaczego należy operować najlepiej w 3-4 miesiącu życia, opowiedział o powikłaniach. Zmroziło, gdy powiedział, że może umrzeć na stole. Czekał na nasze pytania, rozwiewał wątpliwości. Operacja miała trwać do 5 godzin, miał zamiar skończyć w 3. Ale wszystko miało okazać się po otworzeniu serduszka.
Obawiałam się znieczulenia ogólnego i strasznie, ale to strasznie krążenia pozaustrojowego. Tomek został podłączony do sztucznego płuco-serca, wprowadzony w głęboką hipotermię: 20 stopni w odbycie, a do około 15 stopni miał zostać schłodzony jego mózg. Po otwarciu klatki piersiowej, przez prawy przedsionek lekarz zaglądał do środka tomisiowego serca. Dziurę pomiędzy komorami zaszywali łatką z gore-tex'u (ponoć nie taką od kurtek;), następnie rekonstruowali zastawkę i zaszywali ubytek międzyprzedsionkowy łatką z osierdzia.

Dla zainteresowanych polecam strony www poświęcone naszej wadzie i operacji: 


Co tu zrobić, żeby nie myśleć? Poszliśmy na spacer. Na pizzę o 10 rano, żeby cokolwiek zjeść. Z nerwów Tito palił jeden za drugim. Ja w sumie to nawet gorącą czekoladę na ukojenie zamówiłam. Później znowu spacer. Bazylika panewnicka. Szpital. Tito miał dość mojej miny.
   Serduszko ruszyło!
Po 13 Tomiś został przewieziony na salę pooperacyjną. Mogliśmy wejść do niego na chwilkę. Spał w najlepsze. Od tego czasu mogliśmy go odwiedzać codziennie pomiędzy 15-17. Oczywiście z wrażenia nie dopytaliśmy się, a później mogliśmy być tam przebywać chwilę dłużej, pojedynczo przy jego łóżeczku.
Pierwszego dnia po zabiegu, podchodząc do jego łóżeczka, nie poznałam własnego dziecka - był opuchnięty po buźce i na całym ciele, jakby ktoś go napompował. Chociaż o tym wiedzieliśmy, łzy cisnęły się do oczu. Drugiego dnia dostał mleko, ponoć pił po 50ml, czyli domową dawkę. Później był kryzys z jedzeniem i dodatkowe kroplówki. Pielęgniarki mówiły, że głos ma donośny - my w szoku: Tomek? Drze się? W domu tylko miałczał cichutko czasem ;)
W weekend usłyszeliśmy po raz pierwszy, że być może w poniedziałek dostałabym go na salę. Pozbierał się szubciutko, w sumie bez komplikacji. No i dostałam! Po południu wylądowaliśmy w sali nr 6, jednoosobowy vip-room ;) Początkowo mieliśmy duże obawy dotyczące noszenia go, podnoszenia, kąpania, karmienia i odbijania - w końcu miał rozcięty i podrutowany mostek. Pielęgniarki jednak uspokajały, instruowały. Najgorsze jednak były czkawki. Tomi jest zmarzluchem i już przed operacją go męczyły, wystarczyło lżej go ubrać lub za długo ubierać. Przy pociętej klatce to musiało nie być przyjemne uczucie, naszarpało go mocno.
Byłem padnięty, ale szybko dałem się we znaki!

Dostałem wenflon do główki, bo w ręce żyła nie wytrzymała. W ogóle to małożylasty jestem!
   Codzienne echo pokazywało, że operacja się udała. Serduszko pracowało dobrze, Tomek się nie męczył. Przecieki pomiędzy komorami i przedsionkami powinny zniknąć i porządnie zarosnąć w przeciągu pół roku. Trudniejszym zadaniem było zrekonstruowanie zastawek - z jednej wspólnej zrobiono dwie: mitralną (dwudzielną, po stronie lewej) i trójdzielna (prawa). Zawsze jakieś przecieki i niedomykalność w takim wypadku pozostaną. Lekarze określają je w skali 1-4 (1-dobrze, 2-może być słaba lub mocna, 3 i 4-duży przeciek, najczęściej czeka replastyka zastawki). "Ważniejszą" jest zastawka mitralna, pompująca utlenioną krew z lewego przedsionka do lewej komory, stamtąd do aorty i całego ciała. Tomkowy przeciek został oceniony na 1/2, słaba 2. Kardiolog wykonujący codziennie echo twierdził, że teoretycznie jest to dwójka, jednak krwi cofa się relatywnie mało, a dziecko się nie męczy i nie widać po nim takiej niedomykalności. Stwierdził też, że prawdopodobnie nie będzie musiał przyjmować leków.
W ósmej dobie po operacji - 14. października - w prezencie na Dzień Nauczyciela zostaliśmy wypisani do domu! Nie sądziliśmy, że wyjdziemy tak szybko! Nakaz dostaliśmy, aby chronić Toma przed skupiskami ludzi, zakatarzone i niepewne osoby nie mogły się zbliżać. Podobno dorośli po takiej operacji nie mają odporności przez dwa tygodnie. Tak malutkie dzieci - nie wiadomo. Nie kładliśmy go na brzuchu przez dwa miesiące, nie ciągnęliśmy za ręce - w taki sposób mogliśmy uszkodzić mostek. Do czasu wizyty kontrolnej u kardiologa, którą mieliśmy 20. października, Tomi przyjmował leki nasercowe, głównie odwadniające, 3xdziennie, o każdej porze co innego. Nie nadążałam, ze zmianami pampersów, zapisywałam podane leki, bo można było się pogubić. Mimo obietnic, niestety dwa lekarstwa zostały utrzymane. Na szczęście tylko raz dziennie. I goił się elegancko :)
Na taką klatę każda laska poleci!
 
   Tomuś po operacji zmienił się nie do poznania!
Po pierwsze - zaczął więcej jeść. Po kryzysie z brakiem apetytu, z dnia na dzień zaczął wypijać 100ml - przed operacją, co kilka dni zdarzało się mu wypić max. 70. W dwa tygodnie po wyjściu chciał już 130-140 :) Tak mu zostało do dziś - 150 to max. Wprawdzie to mniej, niż inne dzieci w jego wieku, ale przybiera na wadze, zaczął jeść pokarmy stałe, które bardzo mu smakują! Ale najważniejsze - przestał wymiotować! Doszliśmy do wniosku, że po naprawie serca oddycha dużo spokojniej, jego klatka piersiowa nie "skacze" (zaciągał powietrze międzyżebrowo), więc nie robi sam sobie "pompy", którą wypychał mleko z powrotem. To nas naprawdę ucieszyło. Karmienie stało się bezstresowo spokojne :) Teraz tylko walczę z temperaturą mleka, żeby go przyzwyczaić do troszkę cieplejszego.
Zaokrąglił się na buzi, wreszcie ma udka, jak niemowlak, a nie patyczak. I rośnie! Wreszcie też dorósł do ciuchów, w których miał się nosić po urodzeniu, a niektóre nawet szybko musiałam schować :)
Awansowaliśmy też w dość ekspresowym tempie w smoczkach, z których pił. Do października od urodzenia Tomek był na "jednorazowym" (używanym wielokrotnie) smoczku dla wcześniaków - takie modele używają szpitale. Są to miękkie i małe smoczki. Tylko z tego chciał pić i się nie męczył. Po operacji pielęgniarki przestawiły go na szpitalną jednorazówkę dla noworodków (wow, w czwartym miesiącu), która jest ciut większa. Już w domu spróbowałam i podałam mu wersję 3.0 - dla niemowlaków ;) Wreszcie - mieliśmy już prawie 5 miesięcy! W ogóle, mieliśmy niezłą kolekcję smoczków, do wyboru do koloru.
To już wersja po uszczupleniu kolekcji
Żadnego nie chciał. Avent be, Tommee Tippee be, Canpol be, kauczuk be, wersja mniejsza za mała, wersja większa za duża. Już myślałam, że będziemy w nieskończoność na niebieskiej jednorazówce, ale postanowiłam ostatni raz zaryzykować i kupiłam Lovi. I to był strzał w dziesiątkę! Miękki na tyle, że się nie męczy, kształt zaakceptował natychmiastowo. A potem wygraliśmy komplet butelek na fejsbuku, dzięki Lovi i Wikilistce :) Więc jesteśmy zaopatrzeni na najbliższe czasy :)
lovi.pl
Po drugie - wyłysiał i do reszty (po narkozie). Z dnia na dzień był też coraz jaśniejszy. Na dzień dzisiejszy jest blondaskiem, włoski pomalutku się mu zagęszczają. Jeszcze mam nadzieję, że będą ciemne po tatusiu :)
Kąpać się uwielbiam!
Po trzecie - płakał. Eee ryczał, jeśli za długo leżał bez towarzystwa (tzn. więcej jak 3 minuty), zasypiał na rękach, wybudzał się w nocy z płaczem, non-stop na rękach. Myślimy sobie - pewno głodny. I co chwilę dokarmialiśmy go jakąś trzydziestką mleka. Pociumkał parę razy i więcej nie chciał. W nocy co dwie godziny flaszka, którą pił przez godzinę. Guzik tam! Tito od głupot dał mu smoczka. Jak zaciągnął, to w momencie nie mieliśmy dziecka! Tomek od urodzenia smoka nie chciał, aż go dławiło, gdy próbowałam mu go podać. W końcu zrezygnowaliśmy i parę dałam szwagierce, która urodziła Wojtusia dwa miesiące po Tomku (pozdrawiamy :). Zostawiłam jeden "na wszelki wypadek". No to się przydał. Po 4 miesiącach. Ludzie, potraktowałam to jako porażkę wychowawczą, tak się cieszyłam, że będę mieć bezsmoczkowe dziecko, a tu klops! Teraz smokuś był wybawieniem. Myślę sobie, że stres, który mały miał zafundowany, rozłąka ze mną spowodowały, że przy smoczku poczuł się spokojniej i bezpieczniej. Pierwsze noce były traumatyczne, bo lubiał wypadać z buzi, a Tomek akurat po czasie chciał go sobie pociumkać. I znowu wstawanie i przytrzymywanie go do czasu, aż przykimał mocniej. Spałam z ręką przy tomkowych ustach, z głową na łóżeczku i tyłkiem w swoim łóżku. No i wszędzie smok z nami musiał być, bo niech by sobie tak o nim przypomniał! Teraz już poczucie bezpieczeństwa do Tomka wróciło - chwała - i smoczkujemy tylko przy zasypianiu.

Po czwarte - ruszamy z rozwojem. Zaczął się uśmiechać świadomie. Więcej gada - mam nadzieję, że niedługo startniemy z gaworzeniem, na razie jego ulubionym słówkiem, w różnej intonacji, jest "e be"; że niby ma ochotę na piwo? ;) Aaa, no i w Sylwestra rzekł "ej de de", co tatuś skwitował, że pewnie mu o niego chodziło. Chwyta rączki, powoli nóżki, coraz sprawniej grzechotki. Mama stwierdziła, oglądając wcześniejsze tomkowe zdjęcia, że przed operacją miał smutne oczka. Teraz jest wiecznie szczęśliwy.
No i w ogóle do przodu!

   Tak sobie myślę, że chyba mieliśmy/mamy dużo szczęścia. Czytając inne serduszkowe historie - często z naszą wadą - dziewczyny z dzieciakami spędzają w szpitalu po porodzie wiele dni. Często maluchy są niewydolne. Albo potrzebują szybkiej interwencji kardiochirurgicznej. Albo do szpitala co chwilę wracają. Albo mają poważne powikłania po zabiegu.
A my? Czytając opisy naszego chorego serca mogliśmy się spodziewać sinienia (wielu lekarzy nas się o to pytało) - a Tomek zasiniał delikatnie na ustach tylko raz na parę chwil. Słabo, ale przybierał na wadze. Nie miał duszności. Jedynie ta męczliwość przy piciu. Mój ogrom czarnych myśli mnie przytłaczał. Spodziewałam się wszystkich możliwych objawów, które są w medycynie znane oraz milion innych powiązanych z sercem, setki związanych z zespołem i innymi przypadłościami. I co? Psińco. Raz wylądowaliśmy w szpitalu z infekcją (drugi raz już 6 tygodni po operacji, ale to chyba troszkę ze strachu o serce, bo Tomiś był w wyśmienitej formie). Po operacji szybko się pozbierał. Ruszył, jakby chciał nadrobić 4 miesiące.
A może tego nie doceniam? Nie poszło nam za łatwo? Może się nam coś jeszcze przydarzy? Tfu. Takie moje czarnowidztwo. Przynajmniej się z Titem równoważymy - on zawsze stara się widzieć pozytywy.
Ale może też modlitwy działają, a Tomi ma przy sobie supermocarnego Anioła Stróża, babcie, o. Pio i Ją.

   Dziękujemy wszystkim za okazane wsparcie, pomoc, akceptację. Nie spodziewałam się, aż tylu dobrych słów, uczynków, gestów. To ogromnie mnie podbudowało i dało dużo siły. Wiem, że nie jesteśmy sami i mamy wokół siebie życzliwych nam ludzi. I niektórych nawet nie znamy, a z niektórymi kontakt był znikomy. Dziękujemy! 

   W ciąży próbowałam się pocieszać wierszem ks. Twardowskiego "Kiedy mówisz", ale chyba dopiero niedawno znalazłam jego sens. I wcale nie działa jak pocieszacz.

Kiedy mówisz
Aleksandrze Iwanowskiej

Nie płacz w liście
nie pisz że los ciebie kopnął
nic ma sytuacji na ziemi bez wyjścia
kiedy Bóg drzwi zamyka - to otwiera okno
odetchnij popatrz
spadają z obłoków
małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia
a od zwykłych rzeczy naucz się spokoju
i zapomnij ze jesteś gdy mówisz że kochasz
1988

środa, 16 grudnia 2015

Home sweet home

   Nie myślałam, że kiedyś tak napiszę. Stwierdzenie to, było dla mnie takie jakieś patetyczne, bajkowe, szczęśliwe i słodkie do granic możliwości. No, ale rzeczywistość weryfikuje pewne wyobrażenia - punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia. Uwaga, więc piszę: wszyscy oszaleli na jego punkcie. Jego, czyli Tomka. Zaczynając od babci Marysi (najbardziej), na wszystkich możliwych ciociach kończąc. Bo włoski, bo oczka, a jakie małe rączki, a jakie długie rzęsy! Wiadomo, swoje dziecko jest 13. cudem świata, więc już nie będę zachwalać :P

   Po powrocie ze szpitala zaczęła się nam rewolucja.
Po pierwsze, w dalszym ciągu byłam kosmicznie niewyspana. Nie wiedziałam, czy w czasie, gdy Tomek śpi ogarniać cokolwiek w domu, czy odsypiać. Na nocnych karmieniach bałam się, że wypuszczę go z rąk, tak zamykały mi się oczy.
Po drugie, baby blues. Beczałam bez powodu. Albo dlatego, że nie kupiłam mu żadnej grzechotki. I ze zmęczenia może też trochę. I "dlaczego jednak nie kupiliśmy wózka wcześniej?!" (pierwsze ciepłe dni Tomek spędzał na dworze w ikeowej wanience kąpielowej - oczywiście naubierany jak na mróz i zastanawialiśmy się, dlaczego jest taki niespokojny...).
Po trzecie, baby blues podkręcony stale przez tomkowe ulewanie. Nie. To nie było ulewanie - to było rzyganie na pół pokoju. To była masakra. Obwiniałam się, że robię coś źle, w końcu w szpitalu przez półtora tygodnia było ok, a ledwo wróciliśmy do domu... Z czego wymioty? Dochodziliśmy do tego chyba z tydzień. Tito wydedukował - mleko to samo, które dostawał w szpitalu, woda ok - temperatura! W szpitalu dostawał mleko w temperaturze pokojowej, bez podgrzewania. Przy pierwszym przyrządzaniu mieszanki kombinowaliśmy ile to jest te nieszczęsne 37. stopni. W użytku był nawet termometr rtęciowy. Wypożyczyliśmy podgrzewacz, więc sprawa powinna być załatwiona. Milusie, cieplutkie mleko wędrowało do tomisiowego brzuszka. I chluuup. W życiu nie wycierałam tyle razy w tygodniu paneli. Zaczęliśmy robić mleko na wodzie w temperaturze otoczenia. Rzygania było mniej. Ale ciągle było.
Po czwarte, raz w tygodniu odwiedzaliśmy poradnię dla dzieci, żeby kontrolować wagę. Nie sądziłam, że można się cieszyć z każdego dodatkowego grama. Tomek przez chore serce przybierał mało, jadł jak ptaszek i do tego jeszcze część zwrócił. Zewsząd słyszałam ciągle "mało je", "mało przybiera", "mało waży", "mały jest". Popadłam w obsesję na punkcie jedzenia. Jeśli tylko zjadł dwa łyczki mniej, już panikowałam. Znalazła się jedna, jedyna lekarka - nasza pani neurolog - która mówiła zdroworozsądkowo: "Je tyle, ile chce i ile potrzebuje. Przybiera? To dobrze jest". Ale i tak w pogotowiu miałam zestaw małego niejadka - strzykawkę.
Ale w sumie, ta panika mi dalej gdzieś została.

   Tydzień po wyjściu ze szpitala mieliśmy pierwszą wizytę u naszej pani kardiolog, na Ligocie. Podobno już dawno nie było tylu ludzi do kardiologa. Sajgon, w poczekalni brakowało miejsc siedzących. A my, z dwutygodniowym Tomkiem byliśmy ósmi w kolejce. Gorąc i duchota, brak wózka, tylko niewygodny fotelik samochodowy. Nasza pani kardiolog, kobieta cudowna, zrekompensowała nam jednak ponad 4 godziny czekania. Podejście prześwietne, więcej takich lekarzy. Tom dostał leki wspomagające jego dziurawe serduszko. My instrukcję podawania ich strzykawką. Średnio je tolerował. Na początku wcale. A potem zmniejszyłam ilość wody, w której rozpuszczałam proszki - z 5ml do 1, teraz do 0,5. Podziałało.
   Panika nr 2. - "pójdziecie w sierpniu na kardiologię na kilka dni, obserwacja, kwalifikacja do operacji". Jak zinterpretowała to Magda? "Znając nasze szczęście, mogą nas wziąć wcześniej na operację, pewnie w tym sierpniu! Musimy robić Chrzest!". Panika okazała się niepotrzebna. Wizyta na oddziale mogła trwać 1 dzień, nie 3 - gdyby tylko wszystkie badania zrobione byłe jednego dnia. No, ale Polandia i NFZ... I wcale operacji nam nie przyspieszyli.
Za to Chrzest był organizowany troszkę na wariata, ale wszystko się pięknie udało. Oczywiście problemem było ubranie Atomka, bo do wszystkiego wpadał. Szkoda, że z emocji tak mało pamiętam. Ale ksiądz Henryk dał nam wiele otuchy i wsparcia. W ogóle, to życzyłabym sobie, żeby było więcej takich księży jak on.

Tomek dymał w najlepsze podczas Mszy. Imprezy nie przespał. Przespał natomiast swoją pierwszą nockę, a ja od tego czasu musiałam nastawiać sobie budzik co 3 godziny do karmienia. Bo przecież - "do operacji musicie go utuczyć!"...
   A z tuczeniem szło średnio. We wrześniu zmieniliśmy mleko ze zwykłego Nana na PreNan - dla wcześniaków, które jest bardziej kaloryczne. Na początku przybierał troszkę więcej. Później normalnie, czyli mało. Jeszcze później nie przybierał już wcale. Tak na moją blond głowę, myślę sobie, że to serduszko już nie dawało rady z większą masą. Chociaż po Tomku nie było widać, że ma tak poważną wadę, nie siniał, był ruchliwy.
   W połowie miesiąca wylądowaliśmy znów na Ligocie. Tomek był odwodniony, słaby, nie chciał jeść i gorączkował. Dostał łóżeczko, antybiotyk, kroplówki i inhalacje. Ja dostałam miejsce obok łóżeczka na ziemi, bo zabrakło łóżek polowych. Po dwóch dniach swój pokoik z zapadniętą kozetką.
Prawie wyprosiłam lekarkę, żeby go dokarmiono sondą. Dobrze, że kazali jeden dzień z nią poczekać, bo nic by to nie dało, a Tom poczuł się lepiej i zaczął wcinać. I zwracać, przynajmniej raz dziennie.
A inhalacje zaczęły sprawiać mu radość. Choć dziś jest z nimi różnie, czasem trzeba się powiercić, a czasem usnąć.


Podczas pobytu w szpitalu zrobiono nam też dodatkowe badania potrzebne do operacji, m.in. grupę krwi dziecka. Ja mam ORh+, Tito ARh+. Tomek ARh-. Miał 25% szans na ten minus. Jedna z najrzadszej grupy krwi. Serio, musimy zacząć grać w totka.

Finally, I can!

   Załapałem o co chodzi z grzechotką! :)

Wczoraj pierwszy raz pewniej złapał i zamachał. Rozszerzymy wreszcie asortyment, już nie będzie tylko pieluchy i kocyka ;)
A wieczorem nowy post! :)

wtorek, 8 grudnia 2015

OWI Tychy, pierwsza rehabilitacja

Taki szybki news, bo będziemy jeść szpinak zaraz (swoją drogą, to drugie podejście, pierwsze było fuuuuj).
Byliśmy na pierwszej rehabilitacji, zapoznaliśmy się z przemiłą panią Asią (jeśli dobrze zapamiętałam, niestety z moją sklerozą imię będę pamiętać za 2 razem dopiero, a nazwisko za 10...). Tomek oczywiście był wniebowzięty, bo się nim zajmowano. Pochwaliliśmy się, co potrafimy, czego nie. I wszyscy jesteśmy zadowoleni. Kolejna osoba mówi nam, że Tom jest kontaktowy, gadający, ładnie daje rączki do buzi (i ma w niej grzebać jak najwięcej), dźwiga wysoko nogi, dotyka kolan, zaczyna rzucać pupą. Jak na niecałe dwa tygodnie kładzenia na brzuchu pięknie dźwiga głowę. Jeszcze nie potrafi sam wyciągnąć rączek spod siebie i dobrze się ułożyć, ale na to przyjdzie czas. Potwierdziły się moje obserwacje, że bardziej lubi obracać się w lewą stronę.
Mam nadzieję, że się nie rozchoruje, bo do końca roku mamy kalendarz pomalutku zapchany.
No. Miłego dnia!

poniedziałek, 7 grudnia 2015

The End of The World

   Będąc w ciąży i czytając wpisy rodziców zespołowych dzieci zastanawiałam się, czy kiedykolwiek będę potrafiła się tak pozytywnie wypowiadać. Przecież to jest zespół Downa! Trisomia 21! Skośne oczy, specyficzne uszy, wiecznie wystawiony język! No i do tego niedosłuchy, otyłość i niewyraźna mowa. Upośledzenie umysłowe! Upośledzenie wszystkiego! Zespół Downa, którego "bałam" się od kiedy usłyszałam o nim na lekcji biologii i sporadycznie widziałam takie osoby. Jak żyć? Co nas czeka? Jak dam(y) radę? Przerażała mnie ilość wizyt, jaka nas czekała u różnej maści specjalistów.

   Na Zakątku21 strasznie to przeżywałam. Aż w pewnym momencie było mi wstyd przed tymi mamami. One mówiły, że damy radę, że będzie cudowny, że nie będziemy widzieć zespołu tylko dzieciaka, który skradnie nasze serca. 

aagatuss - A ja ze swojej strony powiem, że będziecie mieć super syna. Na pewno będzie inaczej niż sobie wyobrażaliście, ale nikt nie mówi, że mniej cudownie. Teraz masz czas, żeby przeżyć swoje chwile smutku i zwątpienia, ale też czas, żeby zdobyć informacje, których Zakątek jest istną kopalnią. Jak Tomek zawita na świecie będziesz już uzbrojona w wiedzę i gotowa do działania. A jego pierwszy uśmiech... Wymiękniesz :-) Serducho też jest do ogarnięcia. Jest tylu wspaniałych kardiochirurgów w całym kraju, którzy potrafią robić cuda. 
angelika kuspa - Dziewczyny już wszystko napisały, Twój płacz jest normalny, pytania dlaczego ja??? też normalne :tak: , i to że Ci mówimy że wszystko będzie dobrze i że będziecie jeszcze szczęśliwi a ty w to nie wierzysz też jest normalne tak już musi być i każdy przechodzi podobnie. A potem???? czas mija i mija a my co raz bardziej zakochujemy się w tych naszych dzieciaczkach , a Zd no cóż czasem jest uciążliwe ale też daje dużo więcej innych fajnych emocji których czasem w sobie nie potrafimy odnaleźć mając zdrowe dzieci. Mówi Ci to mama dwóch zdrowych córek (18lat i 12 lat) i najmłodszej z Zd 8 lat.  
aniak - Dasz radę. Tylko nie wybiegaj myślami za daleko. Myśl na razie o małym, bezbronnym chłopcu - TWOIM SYNKU, który będzie bardzo potrzebował twojego przytulania, karmienia piersią, śpiewania kołysanek, będzie rozpoznawał cię po twoim zapachu... i będzie przy tobie szczęśliwy. Na dziś tylko to się liczy. Cała reszta przyjdzie potem. I zmartwienia i radości. Oczywistym jest, że kiedy czekamy na nasze dziecko, to spodziewamy się wszystkiego naj - najzdrowsze, najładniejsze, najmądrzejsze... I to jest NORMALNE ! Nie ma w tym nic złego. I czymś zupełnie normalnym jest, że nasze życie staje się koszmarem, gdy te nasze oczekiwania pryskają jak bańka. Potrzebujemy czasu, żeby z zupełnie innej, dla ciebie jeszcze obcej, perspektywy zobaczyć piękno naszego dziecka. To wszystko, o czym pisały dziewczyny jest dla ciebie dzisiaj czystą abstrakcją. Bo tego nie można sobie wyobrazić. To trzeba przeżyć. Ale możesz nam wierzyć na słowo. Dajemy radę. Będzie dobrze. Będzie !!!   
iwi - Dziewczyny powiedziały tu samą prawdę. To dziecko, to maleńki cud, kawałeczek Ciebie, ten najbardziej kochający. Dzięki Igorowi poznaliśmy nowych, wspaniałych ludzi, zrobiliśmy rzeczy, o których tylko marzyliśmy, nauczyliśmy się dostrzegać małe rzeczy i cieszyć, jak dzieci. Pamiętam, jak się urodził. Tak patrzył we mnie swoimi niebieskimi oczkami, że aż serce miękło. Bardzo lubił, jak mu śpiewałam, choć żadna ze mnie wokalistka. Czuł każdą moją zmianę nastroju. Uśmiechał się pięknie. Cudownie pachniał niemowlakiem. Uwielbiał spać na "klacie", ja też to uwielbiałam.   
violissima - Witaj. Jeszcze ja coś dorzucę... Oby pomogło ;-) Tu na zakątku dziewczyny nie miały ze mną łatwo. Jak urodziłam synka z ZD myślałam, że to koniec. Koniec życia, koniec świata, koniec mnie. Teraz żałuję każdej wypłakanej nad synkiem łzy i wstydzę się myśli, które mnie nachodziły. Nie wierzyłam w słowa, że będzie dobrze, że będę szczęśliwa, a to wszystko nastąpiło. Uwielbiam mojego zespolaka, jestem z niego przedumna i mogłabym o nim opowiadać godzinami. Pewnie, że są chwile, kiedy przykro mi, że jest ten zespół, ale to pikuś w porównaniu z miłością i więzią, która nas łączy. Jakbym nie miała dziecka z zD, to nigdy w zyciu nie uwierzyłabym, że można być szczęśliwym mając niepełnosprawne dziecko, ale mam taki "cudny egzemplarz", kocham go nad życie i jestem szczęśliwa, czego i Tobie życzę. Uszy do góry, dasz radę.

No abstrakcja przecież! Ale nadszedł taki dzień, kiedy mogłam napisać takie słowa:
Wiecie, jak 6 maja tu pisałam pierwszy raz, a wcześniej zaglądałam, byłam zdruzgotana, przerażona i w ogóle "koniec świata". Teraz, nie mówię, że się pogodziłam, bo żal chyba zawsze gdzieś zostanie, ale... Być może nie doceniłabym tego dziecka tak bardzo. Mimo wad genetycznych stanowczo przetrwał do końca ciąży. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, co to znaczy "cud poczęcia"... Jak się ten mały bąbel rozwijał dzięki mnie. O chorym sercu nigdy bym nie pomyślała. Jaka wada serca, no coś ty. W ogóle, to wszystko się zawsze zdarzało innym. Zawsze się pomagało, współczuło, ale to było takie... Hm, "no szkoda, straszne" itp. i żyło się dalej... Jakakolwiek styczność z problemami zdrowotnymi była chyba na tym najniższym "levelu". W przedszkolu robiłam zbiórki, Szlachetne Paczki itp. Na naszym ślubie zbieraliśmy pieniądze zamiast kwiatków dla ciężko chorego Jasia. Rozmawiając z jego mamą (kobieta ze stali, mówię Wam) dowiedzieliśmy się, że tak naprawdę nie ma żadnych rokowań dla niego, można tylko łagodzić skutki niepełnosprawności. Więc walczy o niego, dzień w dzień jeździ po połowie Śląska na rehabilitację, tylko niedzielę ma wolną. A ja głupia ryczałam o zd. Mój mąż, szybciej się ogarnął z tym tematem i mówił mi: "Pamiętasz jego mamę? Jak ona o niego walczy?". Przestałam ryczeć dopiero pod koniec maja. W sensie, robić z tego jakiejś tragedii. Na studiach naoglądaliśmy się naprawdę gorszych przypadków, a o ilu jeszcze nie wiem... Mogłam mieć leżące i niereagujące dziecko. Mam Tomka-patyczaka (mam nadzieję, że już zacznie przybierać wreszcie;), który próbuje gugać i uśmiecha się. Będziemy się bawić i cieszyć. A po cichu marzę, że nauczymy się ładnie mówić... 


Zastanawiam się, czy tylko mi zajęło tak długo ogarnięcie tematu. Zaakceptowanie faktu. Zakochanie się. Ale chyba ważne, że w końcu udało się to zrobić. To naprawdę trzeba przeżyć, żeby móc mówić o tym, że zD to nie koniec świata. Nie wierzyłam im wcześniej. Może w pewnych aspektach będzie trudniej. A może naprawdę będziemy mieć więcej radości, niż ze "zwykłym" dzieckiem.

   Prawda jest taka, że czytając w internetach (i mając w głowie wyobrażenia) o osobach z zespołem Downa, obraz wyłania się dość hmm... przykry. Wiesz, że dziecko będzie miało charakterystyczne rysy twarzy, niższy wzrost, może będzie otyłe, bankowo będzie UPOŚLEDZONE i miało niewyraźną mowę. Nie będzie dźwigało głowy w 3. miesiącu życia, a w 7. nie będzie siedziało, bo ma obniżone napięcie mięśniowe. Zaczynasz czytać na cioci wikipedii o Johnie Langdonie Downie, który opisał pierwsze przypadki mongolizmu i "idiotyzmu mongolskiego". Idiotyzm - jak to brzmi... I sam wydźwięk słowa "Down" jest nieprzyjemny.
Dodaj do tego wszystkie schorzenia, na które bardziej podatne są dzieciaki i osoby z trisomią - wady serca, obniżona odporność, wady układu pokarmowego, niedosłuch, krótkowzroczność, tarczyca, nadwrażliwość, niedowrażliwość, padaczka, białaczka, Alzheimer... Masakra.
I guzik prawda. Jasne, że się bałam tomkowego wyglądu. Że będzie bardzo charakterystyczny. Że nie będzie śliczny, tylko "downowaty". Że będzie miał niedosłuch i milion innych defektów - wszystkie na raz. Że niezadążę z rehabilitacją, lekami i wizytami u lekarzy. Ale nie ma. Mamy "tylko" serce. Oczywiście, wiele przed nami i nie wiadomo, co przyniesie los. Jeszcze wszystko może wyjść. Ale oczy ma prześliczne. I zespołu w nim nie widać. Albo ja nie widzę. Czasem tylko, gdy wraca jakiś żalik mały. Wiele osób (w tym lekarze i pielęgniarki), które nie wiedziały o T21 u Tomka okazywało szczere zdziwienie, a najlepsza była okulistka: "A jest pani pewna, że on ma zespół Downa? Bo nic po nim nie widać!". No tak, jestem pewna, miałam amniopunkcję.
Miałam też test PAPPA, który ponoć jest w 95% skuteczny. Tylko co to znaczy? Nic. To tylko statystyka. 1:800-1000 urodzeń. Na kogoś ta jedynka musi wypaść. Ruletka. Gdzieś przeczytałam, że skuteczność testu podwójnego w przypadku trisomii21 wynosi ok. 60-65%. A więc 60. to nie 95, prawda? Prawie pół na pół. I są mamy, które wynik dostają np. 1:20. Albo 1:2. I co? I rodzą zdrowe dzieci. Mój wynik wynosił 1:768. Gdzie tam, jakakolwiek trisomia! Obrałam to za pewnik. Dlatego - statistic lies.

I jeszcze: nie upośledzenie - niepełnosprawność. Intelektualna, ruchowa.